25 lat w NATO. Na równych warunkach czy pod ciężarem klątwy sowieckiej dominacji?

Starzy członkowie NATO chcą mieć sekretarza generalnego ze swego grona. To znaczy, że myślą o stosunkach z przyszłą Rosją inaczej niż Polska i kraje naszego regionu.
25 lat w NATO. Na równych warunkach czy pod ciężarem klątwy sowieckiej dominacji? - INFBusiness

25 lat członkostwa Polski w NATO

Foto: PAP/Stefan Kraszewski

Niemiłe zadanie psuć jubileuszowy nastrój, ale cóż robić, nie ma wyjścia.

Tak, jesteśmy – Polska wraz z Czechami i Węgrami – 25 lat w sojuszu północnoatlantyckim, inne zaś państwa naszego regionu dwie dekady. A NATO to najsilniejszy sojusz militarny na świecie – i dziś, i w ogóle. Ostatnio się rozrósł o Finlandię i Szwecję, czyniąc Morze Bałtyckie jego niemal wewnętrznym akwenem.

Europę Środkowo-Wschodnią przygniata klątwa sowieckiej dominacji

To wszystko prawda. Ale prawdą jest też to, że członkowie NATO z naszego regionu są trochę inni niż ci dawni, z prawdziwego Zachodu. Nadal przygniata ich klątwa sowieckiej dominacji, choć Związek Radziecki nie istnieje już ponad 32 lata. Raczej nie ciąży natomiast na najświeższych członkach, Finlandii i Szwecji, mimo że Moskwa i przeciw ich przyjmowaniu wygłaszała wrogie komentarze, rzucała groźby.

Można to nazwać członkostwem drugiej kategorii, można też traktowaniem Polski, państw bałtyckich i innych z Europy Środkowo-Wschodniej jak nie w pełni dorosłych – takich, którym nie można powierzyć wszystkiego, co należy się tym prawdziwie dojrzałym.

Wychodzi to na jaw w kluczowych momentach. Drugiej kategorii okazywaliśmy się wtedy, gdy z powodu rosyjskiej agresji na wschodzie pojawiał się problem rozmieszczenia stałych baz w naszym regionie. Ważni, starzy gracze nie zgodzili się na to w 2014 roku, kiedy Moskwa anektowała Krym i rozpoczęła agresję na wschodzie Ukrainy. Można powiedzieć, że wtedy jeszcze nie byliśmy dorośli – Polska 15 lat w sojuszu, państwa bałtyckie jeszcze mniej.

Teraz już jesteśmy – ćwierć wieku w polityce to naprawdę dużo. To więcej niż epoka między pierwszą i drugą wojną światową.

Po inwazji rosyjskiej na Ukrainę w 2022 roku w naszym regionie pojawiły się tysiące żołnierzy z bardziej zachodnich krajów sojuszu. Ale czy są oni w takich samych bazach, na takich samych zasadach – nie mówiąc już o liczbie – jak na przykład Amerykanie w Niemczech? Obecna administracja USA twierdzi, że obecność ich wojsk w Polsce jest stała. Ale już jeżeli chodzi o program nuclear sharing, czyli udostępnienie amerykańskiej broni jądrowej sojusznikom – nie chce nas nim objąć. Choć odstraszanie nuklearne, które jest celem programu, jest szczególnie istotne dla państw leżących bliżej Rosji niż dla objętych nim na przykład Belgii czy Włoch.

Czy żołnierze z Zachodu są w Polsce na takich samych zasadach jak na przykład Amerykanie w Niemczech?

W sumie: nadal nie ma jednoznacznego pożegnania z Aktem Stanowiącym o stosunkach NATO–Rosja (z 1997 roku), mówiącym o tym, że we wschodniej części sojuszu nie będzie stałych znaczących sił bojowych. Nie ma – mimo że Moskwa pod wodzą Putina swoje zobowiązania dawno już podeptała.

Najważniejsi z dawnego Zachodu nie chcą mieć sekretarza generalnego NATO z krajów flanki wschodniej

O tym, że my, środkowo-wschodni Europejczycy, nie zostaliśmy jeszcze dopuszczeni do grupy w pełni dorosłych i dojrzałych, że nie zdaliśmy jeszcze prawdziwej NATO-wskiej matury, świadczy wybór nowego sekretarza generalnego sojuszu, który ma w połowie roku zastąpić Norwega Jensa Stoltenberga. Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy i Francuzi – czyli najważniejsi – wsparli kandydaturę długoletniego premiera Holandii Marka Ruttego, szukającego pracy po przegranych wyborach. Nie wzięli pod uwagę sączonych nawet przez prawdziwie zachodnich publicystów i ekspertów podpowiedzi, że czas na pierwszą kobietę na tym stanowisku albo kogoś z naszego regionu. A takie kandydatury są – z Estonii czy Łotwy.

Może szkoda, że Polska sama kogoś nie wystawiła, pewnie taką kandydaturę byłoby trudniej odrzucić niż szefowej estońskiego rządu czy byłego premiera Łotwy – powiedzmy, że ze względu na niewielkie siły zbrojne ich krajów. Choć z drugiej strony w ostatniej chwili pojawiła się kandydatura prezydenta Rumunii, kraju numer dwa w naszym regionie, ale to niczego nie zmieniło w nastawieniu starych członków NATO.

Mark Rutte ostatnio dwoi się i troi, by pokazać, że nadaje się na sekretarza generalnego czasu wojny u bram NATO – zapowiedział przekazanie Ukrainie nowoczesnych myśliwców F-16, odwiedził Kijów i Charków u boku Wołodymyra Zełenskiego. Co pomaga zapomnieć, że wiele lat ignorował zagrożenie ze strony Rosji, nawet po tym, jak jej ludzie zestrzelili samolot z prawie dwiema setkami holenderskich obywateli na pokładzie. I że z zapałem uczestniczył w „biznesowym projekcie” Nord Stream.

Wybór nowego sekretarza generalnego NATO to wyznaczenie kierunku politycznego dla sojuszu, w szczególności jego stosunków z Rosją

Na korzyść Ruttego ma też przemawiać to, że dobrze sobie radził w kontaktach z Donaldem Trumpem i w razie jego prawdopodobnego powrotu do władzy mógłby nawet „uratować NATO” – jak niedawno sugerowało „Politico”. Holender sam zresztą powiedział w lutym na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa, że trzeba „przestać jęczeć, marudzić i narzekać” na Trumpa, bo to Amerykanie wybiorą sobie prezydenta, a my, Europejczycy, musimy współpracować z tym, kto będzie u władzy w Waszyngtonie. Brzmi pragmatycznie, choć nie ma pewności, czy Trump – tak wyczulony na sprawę wykorzystywania Ameryki przez sojuszników – przeoczyłby, że Holandia, którą kilkanaście lat rządził Rutte, nie wydaje na obronę zalecanych 2 procent PKB.

Polityczna przyszłość NATO – reset z Rosją?

Wybór nowego sekretarza generalnego NATO to wyznaczenie kierunku politycznego dla sojuszu, w szczególności jego stosunków z Rosją. Jak zauważył Marcin Terlikowski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, postawienie na kogoś z flanki wschodniej jest nie do przyjęcia dla wielu krajów (z dawnego Zachodu), bo uniemożliwiałoby przyszły reset z Moskwą i zagrażałoby przyszłemu pokojowi w Europie, budowanemu z Rosją już po Putinie. Nie godzą się, podkreślił Terlikowski, na wizję Rosji jako wieloletniego adwersarza Zachodu.

Można powiedzieć, że ten dodatek „po Putinie” to i tak nie jest najgorszy ze złych scenariuszy, bo odstraszająca od resetu z obecnym przywódcą Rosji siła oskarżenia go o zbrodnie wojenne może z czasem osłabnąć. A nawet całkowicie zniknąć w momencie zwycięstwa nad Ukrainą, które przecież nie jest nierealne.

A zagrożenie ze strony rosyjskiego imperializmu nie zniknie, o czym nie bez powodu politycy z naszego regionu, zwłaszcza z państw bałtyckich, prawie codziennie przypominają w mediach społecznościowych i podczas spotkań z bardziej zachodnimi kolegami.

Источник

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *