Updates to medical residency training. Greater specialization outside major hospitals.

Ministerstwo Zdrowia rozważa zmianę ścieżki uzyskiwania specjalizacji przez medyków w trakcie rezydentury. Nowa koncepcja spotyka się z oskarżeniami o sankcjonowanie kumoterstwa. Według ministerstwa, usprawni to dostępność lekarzy w mniejszych miastach.

Resort zdrowia zamierza przemodelować obowiązujące kryteria zdobywania specjalizacji przez lekarzy rezydentów.

Foto: Adobe Stock

Dominika Pietrzyk

Reklama

Z niniejszego artykułu dowiesz się:

  • Jakie modyfikacje w zasadach uzyskiwania specjalizacji przez lekarzy planuje wprowadzić ministerstwo zdrowia?
  • Jakie obiekcje podnoszone są w stosunku do nowych zamierzeń ministerstwa?
  • W jaki sposób zmiany mają rzekomo polepszyć dostępność lekarzy w mniejszych aglomeracjach?
  • Jakie kontrowersje wywołało rozdzielanie miejsc rezydenckich przez wojewodów w oparciu o zalecenia ministra zdrowia?
  • W jaki sposób nowe regulacje mogą wpłynąć na problem nepotyzmu w szpitalach?
  • Dlaczego istnieje prawdopodobieństwo, że zmiany wpłyną na pogorszenie warunków zatrudnienia młodych lekarzy?

Aktualnie lekarze specjalizują się na dwa sposoby. Pierwszy z nich to tryb na etatach rezydenckich, które finansuje ministerstwo zdrowia, a drugi – na etatach innych niż rezydenckie, których wydatki pokrywa bezpośrednio placówka medyczna. Rekrutacja na oba tryby jest identyczna – posady otrzymują ci, którzy uzyskają najwyższy wynik na lekarskim egzaminie państwowym. Ministerstwo zdrowia pragnie przeobrazić obecne normy. O tym, że modyfikacje obejmą tryb inny niż rezydencki, wiadomo było już w ubiegłym roku. Jednak niepokój samorządu lekarskiego wzbudziła zapowiedź reformy trybu rezydenckiego, która pojawiła się ze strony przedstawicieli MZ podczas ostatniego zebrania Naczelnej Rady Lekarskiej.

Reklama Reklama

– Rekrutacja nie będzie przebiegała tak jak dotychczas, że lekarz, który osiągnie najlepszy rezultat na egzaminie, otrzymuje rezydenturę i może wybrać miejsce odbywania specjalizacji. Lekarze będą przydzielani wyłącznie do tych placówek, które zostaną wskazane przez ministerstwo zdrowia – relacjonuje Damian Patecki, członek zarządu i przewodniczący komisji kształcenia Naczelnej Rady Lekarskiej. – Boimy się, że będą to najsłabsze placówki, czyli takie, gdzie nikt nie chce podjąć pracy – uzupełnia.

– Faktycznie, planujemy inaczej rozdzielać miejsca rezydenckie – potwierdza prof. Mariusz Klencki, dyrektor departamentu rozwoju kadr medycznych w ministerstwie zdrowia.

Reklama Reklama Reklama

Status rezydenta „prawie jak niewolnika”

– Analizując mapy potrzeb zdrowotnych, niekiedy można być zdumionym – mówi prof. Klencki. Wytłumacza, że przez lata skupialiśmy się na tym, jak duży jest deficyt lekarzy, pomijając kwestię ich rozmieszczenia w różnych regionach kraju. Okazuje się, że rozbieżności między województwami często przekraczają dwukrotność, nawet w dziedzinach takich jak medycyna rodzinna. W pewnych specjalizacjach – argumentuje Klencki – możliwa jest sytuacja, w której przez długi czas rezydenci preferują szpitale w Warszawie, a nikt nie wybiera na przykład szpitala w Pułtusku czy Siedlcach. – Jeśli utrwalamy taki model, to w następstwie pojawia się pytanie: skąd wziąć chirurga w Pułtusku? Poprzez system edukacji pompujemy lekarzy do dużych ośrodków, a później dziwimy się, że ich brakuje w małych – relacjonuje dyrektor. W związku z tym – wyjaśnia – potrzebny jest systemowy instrument, który będzie wspierał wyrównywanie tych nierówności.

– Pragniemy przypisać miejsca rezydenckie do poszczególnych jednostek posiadających akredytację (ponieważ nie chodzi tu jedynie o szpitale). Zajmie się tym wojewoda, lecz w oparciu o wytyczne ministra zdrowia i dane z map potrzeb zdrowotnych – tłumaczy dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych w MZ.

Ochrona zdrowia Nieetyczne praktyki w sieciach psychiatrycznych. „Rzeczpospolita” dotarła do umów

Komercyjne sieci placówek ograniczają współpracującym lekarzom możliwość odsyłania pacjentów po p…

Jak podkreśla, ministerstwo utrzyma system konkursowy, z tym że „rezydent nie będzie mógł po prostu wybrać dowolnego szpitala”. – Nie zakładamy, że wszystkie rezydentury będą przydzielane wyłącznie w mniejszych miastach, ze szkodą dla dużych placówek. Nie o to chodzi. Chodzi jedynie o to, aby nie dochodziło do sytuacji, w której wszystkie trafiają do dużych miast – mówi. Dodaje też, że system ma być z zasady elastyczny i bazować na analizie danych. Nie ma to nic wspólnego z myślą, że ktoś będzie traktowany gorzej lub lepiej.

Odmiennie konsekwencje modyfikacji w trybie rezydenckim interpretuje Damian Patecki. – Możliwość odbywania specjalizacji zostanie bardzo mocno ograniczona. To doprowadzi do sytuacji, w której o naborze będą decydowały niemerytoryczne kryteria. W przypadku nieatrakcyjnych miejsc pracy – gdzie występuje mobbing lub niskie możliwości szkolenia – trudno będzie o poprawę, ponieważ po co mają się zmieniać, skoro co roku otrzymają przydział nowych pracowników w statusie zbliżonym do niewolniczego, którzy nie mają wyboru i nie mogą zrezygnować, jeśli chcą ukończyć specjalizację – konstatuje przewodniczący komisji kształcenia Naczelnej Rady Lekarskiej.

„Małżeństwo” z musu, z którego niewiele osób jest usatysfakcjonowanych

Ministerstwo zdrowia planuje również częściowe uwolnienie trybu pozarydenckiego. Założenie tego trybu jest takie, że jeżeli szpital potrzebuje pracownika, ma możliwość go wykształcić. Jednak wszystko odbywa się w ramach konkursu, podobnie jak w trybie rezydenckim, a liczba miejsc szkoleniowych jest ograniczona. W praktyce oznacza to, że wojewoda kieruje młodego lekarza, który pomyślnie przeszedł postępowanie kwalifikacyjne, do konkretnego szpitala na szkolenie i to szpital – a nie Ministerstwo – ponosi koszty jego pensji.

Reklama Reklama Reklama Ochrona zdrowia Łukasz Jankowski, NIL: Po 2032 roku będziemy kształcić więcej lekarzy niż potrzeba

– System wykształci lekarzy, ale potem może zabraknąć środków na sfinansowanie dla nich rezydentu…

– W rezultacie powstaje swoiste „małżeństwo” nie tyle z miłości, ile z przymusu, i coraz częściej zdarza się, że jedna ze stron jest z niego niezadowolona – mówi prof. Mariusz Klencki. Jak wyjaśnia, szpitale pod wymyślonymi powodami usiłują odmówić przyjęcia takich lekarzy. Zdarza się również, że sami lekarze przedstawiają warunki umowy w taki sposób, aby szpital się na nie nie zgodził i żeby szkolenie w ogóle nie ruszyło. – Cała sytuacja ma charakter obowiązkowy. Nie da się całkowicie wyeliminować tego problemu, ale zamierzamy doprecyzować przepisy regulujące postępowanie w przypadku braku porozumienia między stronami, aby bardziej zachęcić szpitale do ponoszenia kosztów kształcenia. Trzeba otwarcie przyznać, że dla szpitala młody lekarz, który dopiero zaczyna karierę, jest początkowo inwestycją nie tylko finansową, ale i organizacyjną – mówi dyrektor.

Ministerstwo chce wyodrębnić część miejsc szkoleniowych z puli ogólnej i „odblokować” je w taki sposób, że placówka medyczna będzie mogła samodzielnie wskazać lekarzy, których pragnie wykształcić na specjalistów. Wystarczyłoby, aby dany podmiot powiadomił wojewodę o zamiarze uruchomienia szkolenia dla konkretnego lekarza i zobowiązał się do jego kształcenia. Wyniki egzaminu lekarskiego nie będą brane pod uwagę.

Zdaniem części środowiska lekarskiego takie rozwiązanie to powrót do czasów sprzed uregulowania trybów uzyskiwania specjalizacji, kiedy to elita, czyli profesorowie medycyny, decydowała o tym, kto zdobędzie posadę na najbardziej pożądanych stanowiskach, nierzadko kierując się kryterium „po znajomości” lub powiązaniami rodzinnymi. Kumoterstwo powróci do medycyny ze zdwojoną siłą – alarmuje samorząd lekarski.

Z drugiej strony pojawia się argument, że Izba Lekarska jest w trakcie kampanii wyborczej, stąd „oburza się wszystkim, co tylko wzbudza kontrowersje”. – Zaangażowanie Izby w sprawy lekarzy i wykonywania zawodu nie wynika z wyborów w tej kadencji. Izba w sprawach dotyczących naszego zawodu była i jest aktywna zawsze, gdy sytuacja tego wymaga – kwituje Patecki.

Foto: Paweł Krupecki

Reklama Reklama Reklama

Kumoterstwo w szpitalach było i jest

O zarzuty dotyczące powrotu do nepotyzmu i panowania „starych profesorów” pytamy dyrektora Klenckiego. – Sam jestem profesorem, lecz od razu informuję, że moje dzieci wybrały inne ścieżki zawodowe i z pewnością nie skorzystają z tych rozwiązań – zaznacza.

– Czy w aktualnie funkcjonującym systemie nie mamy do czynienia z kumoterstwem? Moja odpowiedź brzmi: niestety tak. Dociera do mnie wiele sygnałów na ten temat, a więc obecny system nie rozwiązał tego problemu, bo go nie wyeliminowaliśmy – akcentuje prof. Klencki.

W odpowiedzi na sugestię, że proponowane rozwiązanie w rzeczywistości prowadzi do usankcjonowania istniejącego kumoterstwa, komentuje: – Jeżeli ktoś wykorzystuje wpływy lub stanowisko, by zapewnić swojemu dziecku lepszą pozycję za publiczne środki, jest to naganne i nie zostanie zalegalizowane poprzez proponowane rozwiązania. Załóżmy jednak, że lekarz będący rodzicem chce przyjąć swoje dziecko na szkolenie w swojej prywatnej placówce. W takim wypadku od razu pojawiają się zarzuty o nepotyzm, a w naszym systemie jest to legalne. Taka osoba może nawet pełnić funkcję kierownika specjalizacji i, moim zdaniem, nie ma w tym nic złego; zwłaszcza w trybie pozarezydenckim, ponieważ nie angażujemy w to publicznych funduszy, a zyskujemy relację uczeń-mistrz z korzyścią dla pacjentów i z myślą o długoterminowym podtrzymaniu kadry.

– W odniesieniu do dużych jednostek, takich jak szpitale, proponowane rozwiązanie, udostępniając ich dyrektorom lepsze instrumenty do prowadzenia długofalowej polityki kadrowej, nałoży na nich jednocześnie większą odpowiedzialność w tym zakresie – ocenia dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych w ministerstwie zdrowia.

Ochrona zdrowia Sebastian Goncerz z Porozumienia Rezydentów OZZL: System eksploatuje młodych lekarzy

To, co ma za zadanie publiczny system ochrony zdrowia, to nie stracić młodych lekarzy, nie sprawi…

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *