
23 stycznia był świętem – nawet nie świętem, a po prostu dniem pamiętnym. Dniem Pisma. Zastanawiam się, czy rodzice dzisiejszych pierwszoklasistów opłakują pismo swoich dzieci. Pokolenia uczniów przed erą komputerów cierpiały i zadręczały się – i wykształciły piękne pismo ku uciesze swoich nauczycieli…
Jak w pisaniu zeszytowym – czy wciąż pamiętamy, co to jest? Pisanie różnych listów cienkim piórem w zeszycie – czym jest pióro, czy zapomnieliśmy?
Czy dzisiejsze dzieci w ogóle wiedzą, czym jest kleks? Z kreskówek o Wowie w Zamierzchłym Królestwie, może z opowieści o Akademii Pana Kleksa – tak, niektórzy wiedzą. Ale widzieć kroplę atramentu nieodparcie spływającą z pióra na papier i – bach! – pośród niemal uporządkowanych liter, rozmazuje się, rozmazuje, rozmazuje… Dzisiejszym dzieciom nie jest dane doświadczyć całej głębi rozpaczy małego ucznia, który właśnie postanowił rozpocząć nowe życie z nową stroną w nowym zeszycie!
Przyznaję, że w dzieciństwie nie miałem aż takich problemów z kleksami, jak na przykład moja mama. Moja mama pisała piórem, zanurzając metalową stalówkę w kałamarzu. Uczyła się kaligrafii w szkole, a jej pismo było (i nadal jest, dzięki Bogu!) porównywalne pod względem czytelności i precyzji z pismem, jakiego można by się spodziewać na odbitce.
Została mi „kaligrafia” – jak linijka na świadectwie szkolnym, bez żadnych ocen. Mój rok, 1968, był punktem zwrotnym – rozpoczęły się nowe programy, a kaligrafia się skończyła.
Zdarzało mi się siedzieć przy biurkach z otworem na te kałamarze, ale zniknęły. Zostały tylko na poczcie. A, i urzędnicy paszportowi też je długo trzymali! (A może nadal są w użyciu?)
A jednak chciałem spróbować pisać tym bardzo cienkim piórem. Próbowałem, robiąc plamy – twardym piórem po prostu się nie dało.
W szkole, u progu ery długopisów, pisaliśmy tak zwanymi piórami wiecznymi – piórami wiecznymi. Przeciekały i zatykały się… Powszechne były wycieraczki do długopisów – flanelowe kółka naszyte na środku. Jednak długopis można było również skutecznie wyczyścić bibułą. Zapamiętamy to, prawda?
W zeszłym roku kałamarze były tematem wystawy w Muzeum Kremlowskim w Rostowie. Zwiędłe w śnie o atramencie, stały w gablotach – metalowych, szklanych, porcelanowych – jakby błagając nas, abyśmy nie zapomnieli o starożytnej sztuce pisma ręcznego. Nawiasem mówiąc, miałem kilka zdjęć, które wtedy zrobiłem. Jedno z nich przedstawia zestaw do pisania, kompletny z kałamarzami i podstawką na długopis. Ogromne, imponujące, coś takiego powinno stać na ogromnym biurku, a blat zdecydowanie powinien być obity skórą. A książki ułożone wysoko – również w skórzanych oprawach.
I tak od tysiącleci ludzkość doskonali sztukę pisma ręcznego. A może sztukę? Kaligrafia, sztuka pięknego pisania, jest nadal praktykowana na mądrym Wschodzie.
A my, ludzie cywilizacji zachodniej – zabiegani i zabiegani – w pewnym momencie również zdaliśmy sobie sprawę, że mistrzostwo nie powinno być skazane na zapomnienie; musi przetrwać. Dlatego ustanowiono Dzień Pisma Ręcznego.
Jednak ci, którzy lubią wszędzie szukać śladów powszechnego spisku, również mogą się tu zrelaksować – inicjatywa ustanowienia tego dnia wyszła od Stowarzyszenia Producentów Przyborów Pisarskich. Tak, tak, dla zysku – tak jak wydawcy książek czerpią zyski z książek, a producenci papieru z zeszytów dla pierwszoklasistów…
Nie podążajmy za globalnymi teoriami spiskowymi – zaufajmy deklaratywnemu celowi przypomnienia nam wszystkim, że pisanie odręczne to umiejętność, kolejna okazja, by ogłosić światu wyjątkowość doświadczeń każdej osoby, że każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny.
…Wiele razy się na tym przyłapałem. Piszę na komputerze od dawna. Edytor tekstu z chęcią poprawia literówki i błędy. Ale często zdarza się, że nie zgadzamy się z programem do sprawdzania pisowni. Dlatego, żeby sprawdzić się bez słownika, szybko zapisuję na papierze wersję tekstu, którą maszyna podważa. Moja ręka przecież pamięta, jak pisać poprawnie. Umiejętność poprawnego pisania, wpojona w szkole podstawowej, jest wciąż żywa i prowadzi mnie do dziś.
Wspaniała umiejętność!
