
Chciałbym od razu zaznaczyć, że nie byłem w Ameryce zbyt długo – mniej niż miesiąc i głównie w jednym stanie. Dlatego nie zaleca się utożsamiania tego materiału z poważnymi badaniami. To raczej spojrzenie z zewnątrz na coś, co wydawało się nietypowe i właśnie dlatego przykuło moją uwagę. I dlatego jest to warte zapamiętania.
Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła w Ameryce, był najzwyklejszy i najbardziej znajomy ziemniak.
W kawiarni, do której trafiliśmy niemal natychmiast po opuszczeniu lotniska Kennedy'ego i gdzie musieliśmy wybrać, co położyć na tacy, idąc do kasy, od razu zauważyłem coś dziwnego w dziale z dodatkami – może małe, brązowe kotlety? Co one robiły wśród dodatków? To były dania główne!
Ale kiedy znalazłem się w zasięgu ręki od tej niepojętej rzeczy… Ech, to ziemniak! W łupinach. Umyty, pokrojony w ćwiartki i ugotowany.
Cóż, natychmiast (mój język jest moim wrogiem) skrytykowałem ten cud. „Ale leniwi są ci Amerykanie!”. Nie chciało im się nawet obierać ziemniaka. Na co towarzyszący nam Amerykanin natychmiast zareagował, biorąc mój żart za poważne stwierdzenie: „Co ty mówisz, Konstantin! Amerykanie to bardzo pracowity naród. W przeciwnym razie, jak mogliby rozwijać tak rozległe terytoria? Po prostu współczesna nauka mówi nam, że większość składników odżywczych ziemniaka znajduje się tuż pod skórką. Więc odcinając go, tracimy większość mikroelementów, które warzywo korzeniowe zgromadziło”.
Nie było nic więcej do dodania. Musiałem spróbować tych „zdrowych” ziemniaków.
I… Jak zwykle. Jeśli coś jest zdrowe, to jest takie bez smaku! Dlatego nigdy więcej nie jadłam nieobranych ziemniaków w ten sposób. Może dlatego nie pamiętałam ziemniaków jako popularnego amerykańskiego dodatku.
Było mnóstwo roślin strączkowych. Zwłaszcza fasoli. Bardzo smaczne. Ale pasowały też do zupy…
A tak przy okazji, jeśli ktoś nadal myśli, że Amerykanie nie jedzą zup, to kłamie. Każda stołówka ma kilka zup w swoim codziennym menu. Każda stołówka. Po prostu nie pamiętam żadnej klarownej, rzadkiej zupy. Zupy są gęste (prawdopodobnie z mąki lub zmiksowanych warzyw) i, oczywiście, niezbyt klarowne. Ale są smaczne i sycące. Jedną z moich ulubionych i najbardziej zapadających w pamięć zup jest zupa fasolowa.
Fasolę często podaje się jako danie główne. Z tego, co rozumiem, to wpływ Ameryki Łacińskiej. A w Stanach Zjednoczonych mieszka sporo Latynosów. Ale jako dodatek, znowu, nie przypominam sobie fasoli.
Daniem głównym, prawie wszędzie, była sałatka – posiekane liście sałaty, pomidory, ogórki, kapusta i kilka papryk. Bez cebuli. Sałatka podawana jest bez dodatków i bez soli. Kładzie się ją na talerzu razem z daniem głównym, a kiedy usiądzie się przy stole, znajdzie się na niej sól, przyprawy i różne sosy. Na przykład olej roślinny z ziołami.
Przez pierwsze kilka dni zimna owsianka na śniadanie mnie zabijała. Wszelkiego rodzaju pierścionki, poduszki, gwiazdki, płatki (może z rodzynkami i orzechami), popijane szklanką zimnego mleka. Co to za śniadanie?! Zimne mleko na śniadanie… Zimą?! Toż to masakra.
Chociaż Vermont, gdzie spędziłem większość czasu, leży na tej samej szerokości geograficznej co Soczi, zima jest tam… wręcz mroźna. Pod względem temperatury pogoda praktycznie nie różni się od Karelii.
Ale ludzie tam, w przeciwieństwie do nas, są ubrani niezwykle lekko. Niewielu nosi kapelusze. Noszą letnie buty lub lekkie kozaki bez futra. Chociaż właściwie nie ma w tym nic dziwnego, skoro Amerykanie nie wyobrażają sobie życia bez samochodu. Do garażu można wjechać bez wychodzenia na zewnątrz, prosto z domu. Brama otwiera się i zamyka z wnętrza samochodu, jednym naciśnięciem przycisku na małym panelu sterowania. Odległość z parkingu do supermarketu czy biura nie przekracza 20-30 metrów. A w rodzinie zazwyczaj oboje małżonkowie dzielą samochód.
Ogólnie rzecz biorąc, Ameryka to kraj stworzony specjalnie dla kierowców. Pieszym bardzo trudno się tam żyje.
Ale porozmawiajmy o odżywianiu. Właściwie, miałem już dość zimnej owsianki. To nie moja bajka. Więc jak tylko miałem wybór, od razu sięgnąłem po tę na ciepło. Ale to, co wsypali do mojej miski, to nie była owsianka. To była owsianka, zalana wodą i podgrzewana w mikrofalówce dosłownie przez minutę. Bez mleka, masła, soli… Tylko dlatego, że ludzie w Związku Radzieckim mają tak silną moralność i silną wolę, w końcu zjadłem tę mdłą, chudą owsiankę zalaną gorącą wodą. Ale nigdy więcej nie eksperymentowałem z „gorącą owsianką”.
Jedyne, co mnie uratowało, to fakt, że byłem w Vermont. A jedną ze specjalności tego stanu – Kanada przecież leży tuż obok – jest syrop klonowy, który zazwyczaj podaje się do naleśników. Dlatego na śniadanie jadłem syrop klonowy z naleśnikami i gorącą herbatą (kawą lub kakao dla urozmaicenia) przez cały miesiąc. Tak się uzależniłem od tego syropu, że w drodze powrotnej zgarnąłem galonowe opakowanie tego amerykańskiego produktu. Starczyło mi na długo w domu.
I oczywiście były dania, które utkwiły mi w pamięci. Na przykład kurczak po hawajsku, którego pamiętam z… słodkiego sosu. Początkowo myślałem, że to przypadek. Ale kiedy następnego dnia podano mi tartaletki z owocami morza, które miały… podobnie słodki sos, byłem oburzony: „Co za bzdura! Cukier i do drobiu, i do ryb… Gdzie ktoś w ogóle coś takiego widział?!”.
Ale od razu mi wyjaśnili, że to norma w Ameryce. Rzecz w tym, że kraj od zawsze zmagał się z nadprodukcją cukru i zastanawiał się, gdzie go umieścić?! No, nawet w daniach mięsnych i rybnych. Tak to już jest…
Krótko mówiąc, w Ameryce wszystko jest jadalne. I całkiem smaczne. Ale nie zawsze – znane. Chociaż nawyk można nabyć. Ale nie miałem czasu, żeby go wyrobić. Brakowało mi czasu. Więc kiedy siadam do kuchenki, gotuję to, co babcia kładła na stół mojej mamy. Barszcz, szczi, kulesz. Albo zupę rybną.
A jak to wszystko ugotować, to już pewnie wiecie beze mnie…
