Pokolenie Y wkracza w wiek dojrzały. „Oby do emerytury utrzymać się na powierzchni”

W młodości wmawiano im, że „wykształcenie i języki obce” otworzą przed nimi wspaniałe perspektywy. Później ufali, że „nieruchomości” zagwarantują im spokojną jesień życia. „W obu przypadkach byliśmy naiwni” — relacjonują starsi przedstawiciele pokolenia Y. I na własnej skórze odczuwają, jak po ukończeniu „40” nawarstwiają się trudności.

"Między nami". Praca po czterdziestce
"Między nami". Praca po czterdziestce | Onet

— Kiedy moja mama miała 40 lat, ciężko pracowała w zakładzie i czekała w kolejkach po artykuły higieniczne. W tej kwestii mam lepiej. Lecz jej jesień życia może okazać się lepsza od mojej — mówi nam Janek, jeden z naszych respondentów.

Spójrzmy prawdzie w oczy: millenialsi żegnają się z młodością. W obecnym roku najmłodsi z nich (rocznik 1996) osiągną wiek „trzydziestu” lat. Najstarsi (1981) już dawno skończyli „czterdziestkę”. Nic dziwnego, że nadchodzi czas na pierwsze bilanse — i na pytania dotyczące emerytury. Ponadto pojawiają się wyzwania, które mogą przewrócić ich dotychczasowe życie.

Stanowili pokolenie wyżu demograficznego i początków gospodarki kapitalistycznej. Z jednej strony los oszczędził im wielu przykrych doświadczeń, których doznali ich rodzice. Z drugiej strony — wierzyli, że powinni dawać z siebie wszystko. Kiedy wchodzili w wiek dorosły, stopa bezrobocia sięgała 20 proc., a dużym problemem było dostanie się choćby na bezpłatny staż do korporacji.

— Były dobre i złe strony. Dla mojej mamy edukacja wyższa była niedostępna, ja wyjeżdżałam na Erasmusa do Hiszpanii. Praca w „korpo”, zwiedzanie świata, uczestnictwo w zajęciach pilates, wizyty w restauracjach — to wszystko jest naszą codziennością, a dla naszych rodziców — często było to całkowicie nieosiągalne — opowiada Agata, czterdziestoletnia menedżerka z Warszawy.

Polscy millenialsi mieli więcej możliwości niż ich rodzice. Są również bardzo dobrze wyedukowani — zaledwie 35 proc. z nich nie zdecydowało się na kontynuację nauki na studiach, jak wynika z danych Deloitte.

Lecz ich życie często nie było usłane różami, a wręcz przeciwnie: problemami zawodowymi i finansowymi, których starsze generacje po prostu nie znały. Doświadczyli brutalności rynku pracy, wielu poznało gorycz zatrudnienia na podstawie umów „śmieciowych”. Musieli na każdym kroku ze sobą zaciekle rywalizować, jak przystało na pokolenie wyżu demograficznego.

Wielu z nich obciążają kredyty. I pytania o emerytury. Sprawa starości i możliwości utrzymania się w tym okresie pojawia się właściwie w każdej rozmowie ze starszymi milenialsami. Nękają ich jednak jeszcze 2-3 inne poważne kłopoty, ale o nich później.

Czy mieszkania uratują milenialsa?

Milenialsi raczej nie spodziewają się, że będą mogli utrzymać się na odpowiednim poziomie dzięki emeryturom. To przekonanie wyłania się właściwie z każdego naszego wywiadu. Zresztą mają rację. Eksperci ostrzegają, że na starość emerytura pokolenia urodzonego w latach 80. będzie stanowić mniej niż jedną trzecią pensji — a kobiety są w jeszcze gorszym położeniu niż mężczyźni.

Zobacz: Ile trzeba zarabiać, by emerytura wyniosła 5000 zł? Konkretne kwoty

"Betonowe złoto" nie zawsze się sprawdza. Na zdjęciu - osiedle w Warszawie
"Betonowe złoto" nie zawsze się sprawdza. Na zdjęciu – osiedle w Warszawie | Mateusz Madejski / Busienss Insider

Większość naszych rozmówców uważa, że na komfort w starszym wieku trzeba zapracować. Tylko jak?

Przez parę lat przeważało przekonanie, że rozwiązaniem są mieszkania, inaczej „nieruchomości”. — Miałem wrażenie, że już to gdzieś słyszałem parę lat temu. Tak jak w młodości słyszałem, że wystarczy ukończyć studia i znać język obcy, by zrobić karierę, tak kilka lat temu słyszałem, że dwa mieszkania na wynajem zapewnią dostatnią starość — relacjonuje nam czterdziestoletni Janek z cichym, gorzkim uśmiechem.

On nie posiadał środków ani zdolności kredytowej, lecz jego liczni znajomi posłuchali tych rad i zaczęli lokować kapitał w nieruchomości. Wielu z nich żałuje — o ile parę lat temu osoby chętne do wynajmu mieszkań ustawiały się w kolejkach, obecnie ich brakuje. A w przyszłości sytuacja może się pogorszyć.

Przykładowo, milenials urodzony w 1985 r. będzie miał 65 lat w 2050 r. Dziś może przypuszczać, że dwa mieszkania przyniosą mu satysfakcjonujące przychody z wynajmu. Jednak — jak przewiduje GUS — w 2050 r. w najgorszym scenariuszu Polaków będzie już tylko około 30 mln. Czy więc świeżo upieczony emeryt znajdzie wówczas w ogóle chętnych na mieszkania?

Te pytania coraz częściej kołaczą się w głowach czterdziestolatków. Specjaliści twierdzą, że wciąż istnieją „bezpieczne” mieszkania, na które zawsze powinno być zapotrzebowanie. Dotyczy to na przykład atrakcyjnych lokalizacji w Warszawie, Krakowie, Trójmieście czy Wrocławiu. Z tym że takie mieszkania kosztują fortunę.

Prawo w Polsce także nie sprzyja właścicielom. Nierzadko, zamiast liczyć zyski z najmu, posiadacze nieruchomości wdają się w długotrwałe spory z nieuczciwymi najemcami, którzy nie chcą ani płacić, ani opuścić lokalu.

Jak nie mieszkanie, to co?

Milenialsów łączy jeszcze jedno pokoleniowe doświadczenie — mają wrażenie, że stale pojawiają się im tuż przed nosem historyczne szanse. Przecież można było skorzystać na wejściu Polski do Unii, na potężnym boomie na rynku nieruchomości, na kolejnych rewolucjach technologicznych…

— Czy na bitcoinie — śmieje się jeden z naszych rozmówców.

Dziesięć lat temu jeden bitcoin był wart niecałe 2 tys. zł. Obecnie, pomimo ostatnich spadków, jest to ponad 240 tys. zł. Część milenialsów ma znajomych, którzy zaryzykowali i się im to opłaciło. Jednak bitcoin nie był jedyny — można było pomnożyć majątek np. na akcjach Tesli, Nvidii — czy nawet polskich spółek budowlanych.

Milenialsi czują, że „epokowe” okazje pojawiają się i dzisiaj. Może to być złoto, może akcje innych przedsiębiorstw, może jeszcze coś kompletnie innego. — To kolejna dylemat. Szukać okazji, czy postawić na rozwagę? Z jednej strony, w wieku 40 lat nie chce się ryzykować. Z drugiej strony — perspektywa udanej inwestycji, która zabezpieczy nam starość, jest niezwykle kusząca. I być może warta ryzyka — mówi nasza rozmówczyni, która niedawno skończyła 40 lat.

I szybko dodaje, że jest jeszcze trzecia strona. Problemy finansowe pojawiają się po czterdziestce jeden po drugim i zwykła wypłata coraz rzadziej pozwala sobie z nimi poradzić.

Lawinowo narastające problemy

Wielu milenialsów jest już od dłuższego czasu rodzicami. Z finansowego punktu widzenia wychowanie dziecka zawsze jest wyzwaniem, lecz trzeba przyznać, że w ostatniej dekadzie można było liczyć na wiele udogodnień. Funkcjonowały liczne programy socjalne — z 800 plus na czele.

Milenialsi, którzy przeszli przez początkowe etapy rodzicielstwa, zaczynają jednak uświadamiać sobie, że będzie coraz trudniej. Wykształcenie dziecka kosztuje dzisiaj majątek — zwłaszcza jeśli rodzic chce wysłać potomka najpierw na zajęcia dodatkowe, a potem na studia do innego miasta (nie wspominając już o studiach za granicą). W gruncie rzeczy coraz więcej młodych rodziców rozważa, czy oszczędzać na emeryturę, czy jednak na edukację dziecka.

Według Centrum im. Adama Smitha szacunkowy koszt wychowania jednego dziecka od narodzin do osiągnięcia pełnoletności wynosi ok. 358 400 zł (dane z raportu opublikowanego w 2025 r.). To średnio ok. 1659 zł co miesiąc.

A coraz częściej pojawia się kolejny kłopot — starość. Jeszcze na razie nie własna, lecz swoich rodziców. Opłaty np. za pobyt w domach opieki poszybowały w górę w ostatnich latach. Kilka lat temu często wystarczała emerytura rodzica z niewielką dopłatą. Obecnie coraz trudniej znaleźć dom opieki w cenie poniżej 5 tys. miesięcznie. A często opłaty są zdecydowanie wyższe i przekraczają nawet 10 tys. zł.

Problemów finansowych milenialsów jest rzecz jasna znacznie więcej. Starsze roczniki wchodziły na rynek pracy w okolicach 2008 r., czyli wielkiego kryzysu finansowego. Nawet jeśli miał on w Polsce dość łagodne objawy, to spowodował słabą sytuację na rynku pracy i ogromną niepewność. I tutaj wielu czterdziestolatków może odczuwać déjà vu. Bo postępująca rewolucja związana ze sztuczną inteligencją sprawia, że wiele stanowisk pracy po prostu jest zastępowanych przez algorytmy.

— Trochę obawiam się, że z moimi kwalifikacjami będzie jak z dyplomem europeistyki moich kolegów. Wydawało się to tak perspektywiczne, a nagle się okazało, że te umiejętności są nikomu niepotrzebne — uśmiecha się jeden z naszych rozmówców, księgowy z dużego przedsiębiorstwa z Warszawy. Nasz rozmówca zastanawia się, czy i jego posadę zlikwiduje rewolucja AI — i co będzie potem robił.

Rynek pracy — po „dobrych” latach — może wkrótce znów stać się polem zaciekłej walki o przetrwanie. Eksperci raczej uważają, że nie grozi nam ogromne bezrobocie jak dwie dekady temu. Jednak dziś utrata pracy może być bardziej dotkliwa niż wtedy, ponieważ po prostu życie nad Wisłą stało się niezwykle kosztowne.

Majątek kosztuje sam czynsz czy codzienne zakupy, lecz prawdziwe kłopoty zaczynają się w czasie chorób. Milenialsi powoli się starzeją i coraz częściej korzystają z usług lekarzy. Z jednej strony dostrzegają, że na NFZ nie zawsze można liczyć — ale z przerażeniem obserwują również, jak drożeją wizyty u lekarzy. GUS podaje, że w zeszłym roku ceny usług w kategorii „zdrowie” były o 4,7 proc. wyższe niż w 2024 r. Ale już ceny usług dentystycznych podskoczyły aż o prawie 9 proc.

Świeżo upieczeni czterdziestolatkowie spoglądają na te liczby i załamują ręce. Niektórzy mówią o „bolesnym zetknięciu z rzeczywistością”. Jeden z naszych rozmówców dodał pół żartem, pół serio, że „chciałby uniknąć bankructwa do emerytury”.

Tymczasem możliwości łatwego zarobku maleją. Starsi milenialsi pamiętają, że kiedyś istniał prosty sposób na problemy finansowe. Wystarczyło wyjechać na krótko na Zachód, popracować w fabryce czy przy zbiorze szparagów — i zwykle wystarczało to, by uporać się z nagłymi problemami z rachunkami. Dziś to już tak nie działa — życie w Polsce stało się zbyt drogie, a millenialsi często nie mają już tyle siły, żeby tak intensywnie pracować fizycznie.

Pozostaje im więc trzymać kciuki za inwestycje — albo szukać nowego „skarbu” — niekoniecznie tego w postaci nieruchomości. A może jednak lepiej spróbować założyć własną firmę? Większość naszych rozmówców przyznaje, że o tym myślała — albo nawet próbowała. Jednak z ubiegłorocznego badania Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wynika, że zaledwie 3 proc. Polaków zamierza założyć firmę w ciągu najbliższych trzech lat.

Był to jednocześnie najniższy wskaźnik wśród przebadanych 51 państw. Z analizy PARP wynikało, że rosnące koszty i inflacja raczej zniechęcają Polaków do założenia biznesu, niż do tego nakłaniają. Choć oczywiście narastające problemy finansowe czterdziestolatków mogą szybko zmienić to podejście.

Autor: Mateusz Madejski, dziennikarz Business Insider Polska

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *