Światowe mistrzostwa w pustoszeniu kieszeni. Nie, nie chodzi tylko o wygórowane ceny biletów

Wyśrubowane ceny biletów to tylko jedna z oznak tego, jakie mistrzostwa świata w piłce nożnej czekają nas w tym roku. FIFA faktycznie podzieliła spotkania piłkarskie na kwarty, aby tylko zmaksymalizować zyski.

Prezydent FIFA Gianni Infantino
Prezydent FIFA Gianni Infantino | Foto: Eduardo Verdugo/Associated Press/East News / East News

Marzenie o obejrzeniu na żywo meczu mundialu w USA dla wielu fanów okaże się zderzeniem z przykrą finansową rzeczywistością. Doskonale uwidaczniają to cenniki biletów.

Chociaż FIFA obiecywała najtańsze wejściówki na fazę grupową od 60 dolarów, w praktyce ich zdobycie graniczy z niemożliwym. Stawki w oficjalnej sprzedaży regularnie wprawiają w osłupienie, a miejsca średniej klasy na mecze grupowe mogą kosztować od kilkuset do ponad 1000 dolarów.

Ta kwestia wywołała debatę na całym świecie. Nawet sam prezydent USA, Donald Trump, publicznie stwierdził, że kwoty przekraczające 1 tys. dolarów za mecz z udziałem Amerykanów są zaskakujące i „sam by tyle nie zapłacił”.

Prawdziwe szaleństwo ogarnia jednak rynek biletów kategorii premium oraz rynek odsprzedaży. Ceny wejściówek z drugiej ręki na spotkanie finałowe zaczynają się od 9-10 tys. dolarów, a najbardziej ekskluzywne pakiety mogą osiągać niewiarygodne kwoty rzędu kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Finał mistrzostw świata stał się równie kosztowny co obecna seria finałowa NBA.

Do tego dochodzi zjawisko dynamicznego ustalania cen (dynamic pricing), które zależy od popytu, oraz ukryte koszty. Sam parking pod obiektem w miastach takich jak Los Angeles czy Dallas to wydatek rzędu 120-250 dolarów za wieczór.

Dla europejskiego kibica, który musi doliczyć koszty podróży lotniczej i zakwaterowania, wyprawa na mundial w USA stała się przywilejem dostępnym wyłącznie dla najzamożniejszych.

Każdy widzi w tym interes

O ile w przypadku prywatnych przedsiębiorców, takich jak właściciele restauracji czy hoteli, podnoszenie cen przy okazji dużego wydarzenia nie powinno budzić zdziwienia (jest to powszechna praktyka nie tylko w USA), to od lokalnych służb i operatorów publicznych można by oczekiwać nieco więcej.

Problem polega na tym, że nawet transport publiczny na najbliższy miesiąc zaczął przypominać coś, co dla przeciętnego człowieka będzie kojarzyć się z ogromnym luksusem.

W ostatnich tygodniach przez media przetoczyła się dyskusja dotycząca NJ Transit, czyli operatora transportu publicznego między Manhattanem a New Jersey. To właśnie tam znajduje się bowiem MetLife Stadium, czyli obiekt, na którym odbędzie się finał mundialu.

Pierwotnie agencja NJ Transit ogłosiła, że bilet powrotny ze stacji Penn Station na Manhattanie pod stadion będzie kosztował aż 150 dolarów (podczas gdy standardowa cena na tej trasie wynosi 12 dolarów i 90 centów). Po fali ogromnego oburzenia i presji politycznej, dzięki pozyskaniu sponsorów, cenę obniżono do 98 dolarów za przejazd. To wciąż niemal ośmiokrotny wzrost.

Alternatywny dojazd autobusem wahadłowym to koszt 80 dolarów. Jeśli ktoś zdecyduje się na podróż samochodem, czeka go zaporowa cena — na samym stadionie nie ma parkingu ogólnodostępnego dla kibiców. Należy zostawić pojazd w pobliskim centrum handlowym i uiścić za to opłatę w wysokości 225 dolarów.

FIFA de facto dzieli mecz na kwarty

Lato w Stanach Zjednoczonych czy Meksyku, zwłaszcza w niektórych regionach, oznacza bardzo wysokie temperatury. Dla piłkarzy są to wyczerpujące warunki atmosferyczne. Nic więc dziwnego, że w trakcie jednej 45-minutowej połowy meczu będą potrzebowali krótkiej przerwy na uzupełnienie płynów.

Takie przerwy nie są niczym nadzwyczajnym. Miały miejsce cztery lata temu w Katarze, zdarzają się nawet w meczach polskiej Ekstraklasy, jeśli sędzia uzna to za stosowne. Zazwyczaj wystarczy kilkadziesiąt sekund takiej pauzy. Tu nie ma kontrowersji.

FIFA jednak już w grudniu ubiegłego roku postanowiła, że podczas rozpoczynających się właśnie mistrzostw świata przerwy będą trwały aż trzy minuty i będą obowiązkowe. Niezależnie od tego, czy na stadionie panuje upał, czy nie.

Każda połowa będzie więc przerywana na trzy minuty, co sprawi, że mecz piłkarski zamiast dwóch 45-minutowych części będzie trwał cztery kwarty po 22,5 minuty. A w każdej przerwie oczywiście będzie można emitować reklamy.

Reuters zwraca uwagę, że przymusowe przerwy w grze „są kolejnym przykładem na to, jak mistrzostwa świata upodabniają się do amerykańskich wydarzeń sportowych, przepełnionych reklamami i blichtrem.

Z kolei w przerwie meczu finałowego zaplanowano koncert kolumbijskiej piosenkarki Shakiry, co dość jednoznacznie nawiązuje do znanego Super Bowl, organizowanego przez National Football League.

FIFA deklaruje, że jej podejście do przerw na uzupełnienie płynów wynika z dbałości o zdrowie piłkarzy. Istnieje jednak również drugie dno.

Reklamy jak w Super Bowl

Michael Johnson, analityk rynku sportowego w S&P Global, powiedział agencji Reuters, że wprowadzenie przerw na nawodnienie może być „niezwykle cenne dla reklamodawców i potencjalnie przynieść stawki na poziomie Super Bowl, czyli w granicach od 7 do 9 mln dolarów.”.

Reklamodawcy doskonale zdają sobie sprawę z możliwości ekspozycji, jaką oferują mistrzostwa świata — finałowy mecz między Argentyną a Francją w Katarze w 2022 r. przyciągnął łącznie 1,42 miliarda widzów.

„Amerykańscy widzowie są przyzwyczajeni do modelu w stylu NFL czy NBA, czyli do podziału na cztery kwarty. Są przyzwyczajeni do przerw w trakcie gry. Te mistrzostwa świata w zasadzie odzwierciedlają tamte formaty” — stwierdził Johnson.

W Polsce prawdopodobnie przerw na nawodnienie z reklamami nie będzie. Przepisy nie pozwalają bowiem publicznemu nadawcy na przerywanie transmisji blokiem reklamowym.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *