Podrobione ruble, pierwsze falsyfikaty europejskiej waluty, a obecnie zakład mający zalać rynek 360 milionami fałszywych banknotów euro – za tym stoi człowiek powiązany z dawnym ugrupowaniem wołomińskim. „Rzeczpospolita” odkrywa sekrety tej sprawy.
Do produkcji banknotów o wartości 100 euro fałszerz przygotowywał się przez parę lat
Grażyna Zawadka
Z tego artykułu zrozumiesz:
- Kto to jest i jak przez dziesięciolecia działał „niezniszczalny” fałszerz związany z gangiem wołomińskim.
- W jaki sposób utworzono profesjonalną fabrykę, która miała wytworzyć 360 milionów fałszywych euro.
- Jakie innowacyjne metody i technologie umożliwiły przestępcom pokonanie zabezpieczeń i kontroli służb.
- Jakie konsekwencje dla bezpieczeństwa kraju i rynku europejskiego niosła za sobą działalność na taką skalę.
- Na czym opierał się precedensowy plan z lat 90., który mógł zagrozić rosyjskiemu systemowi finansowemu.
Wojciech P. rozpoczynał swoją działalność w latach 90., był związany z gangiem wołomińskim, a w świecie przestępczym od dawna jest uważany za postać legendarną. Dziś ma 71 lat i jest oskarżony o dowodzenie zorganizowaną grupą przestępczą, która na Mazowszu planowała produkcję falsyfikatów na niespotykaną dotąd skalę. Wprowadzenie ich na rynek w zamierzonej ilości mogło zagrozić bezpieczeństwu państwa. Rzeczpospolita dotarła do dotąd nieznanych informacji dotyczących działalności Wojciecha P.
Reklama Reklama
To przypadek bez precedensu. Zakład euro pod Wołominem, ABW i Prokuratura Krajowa zlikwidowały pod koniec kwietnia bieżącego roku. Znajdowała się tam kompletna linia produkcyjna i rozmaite komponenty konieczne do popełnienia przestępstwa: folia holograficzna, paski zabezpieczające (safety line) i inne magnetyczne, elementy imitujące znaki wodne, a także 3 tony specjalistycznego papieru, z którego – jak wyliczyli śledczy – można było wyprodukować 360 milionów falsyfikatów euro.
– Zdołaliśmy ocalić rynek polski, a być może nawet europejski przed zalaniem tak dużą ilością podrobionych banknotów euro. Przestępcze przedsięwzięcie zlikwidowaliśmy w zaawansowanym stadium, kiedy członkowie grupy mieli już niemal wszystko przygotowane do produkcji. Byli w trakcie testowania niektórych elementów służących do pokonywania zabezpieczeń – informuje nas prowadzący dochodzenie prok. Piotr Stryszowski, zastępca naczelnika Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie.
Przestępczość Polacy mają talent do fałszerstw
– Są lokalizacje, w których trudniej zauważyć podróbkę, takie jak kawiarnie czy kluby nocne. Oszustwu sprzyja też pośpiech – mówi Sylwester Salach, pre…
Prokurator podkreśla, że rozbicie grupy i zamknięcie nielegalnej fabryki powiodły się dzięki pracy zespołowej i ścisłej współpracy teamu ludzi – z Prokuratury Krajowej oraz z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Wytwórnia euro w kontenerach. Wojciech P. przygotowywał się do produkcji euro przez kilka lat
To miał być „interes” życia – do produkcji banknotów o nominale 100 euro, fałszerz przygotowywał się przez kilka lat. – Za projekt i główne wykonanie odpowiadał Wojciech P., karany w przeszłości za podrabianie pieniędzy. Wiedział, jakie urządzenia trzeba nabyć, jaką gramaturę mają banknoty euro, które sprawcy zamierzali produkować, jaki papier jest używany do ich wytwarzania – on również musiał mieć odpowiednią gramaturę. Wszystko było przygotowane w bardzo profesjonalny sposób – zaznacza prok. Piotr Stryszowski.
Fabrykę falsyfikatów umieszczono w kilku kontenerach, na wynajętej przestrzeni. Formalnie funkcjonował tam zakład, przyjeżdżały samochody ciężarowe, przywożono „towar”, panował normalny ruch, nikt nie mógł spostrzec, że to „wytwórnia” pieniędzy. Zwłaszcza że niektórzy uczestnicy procederu założyli działalność gospodarczą (m.in. z sektora leśnego i naprawy maszyn).
Zdołaliśmy ocalić rynek polski, a być może nawet europejski przed zalaniem tak dużą ilością podrobionych banknotów euro. Przestępcze przedsięwzięcie zlikwidowaliśmy w zaawansowanym stadium, kiedy członkowie grupy mieli już niemal wszystko przygotowane do produkcji.
Zaawansowane urządzenia, specjalistyczny papier, folie i inne elementy sprowadzili z Azji, zgodnie z prawem, na faktury. Nawet 3 tony papieru nie wzbudziły podejrzeń funkcjonariuszy celnych. Ustalenie, kto takim towarem obraca, dla większości ludzi pozostaje tajemnicą, ale Wojciech P. wiedział, czego i gdzie szukać. Specyfikacja maszyn była bardzo dokładnie sprecyzowana. – To urządzenia typowo poligraficzne, ale w rękach odpowiednich „specjalistów”, zaczęły służyć zupełnie innemu celowi – podkreśla prok. Stryszowski.
Przygotowania były już w fazie praktycznej. Najbliższy współpracownik szefa grupy – Szymon R. – pełnił rolę „głównego technika”, czyli osoby fizycznie odpowiedzialnej za wytwarzanie fałszywych banknotów. W przeszłości krótko studiował na wydziale maszyn precyzyjnych jednej z uczelni, posiadał więc wiedzę techniczną. Ponadto dokształcił się na kursach dla pracowników banków i kasjerów, gdzie poznawał m.in. tajniki zabezpieczeń banknotów. Dwóch pozostałych członków grupy – Łukasz R. i Jarosław K. – pełniło funkcje pomocnicze. Wszyscy podejrzani pochodzą z tego samego regionu, co ich szef Wojciech P.
Działanie miało ogromny rozmach, było na „ostatniej prostej” do uruchomienia masowej produkcji – sprawcy zakończyli etap przygotowań, zaczęli kalibrować urządzenia, szykowali się do druku. Nabyli sprzęt do testowania pierwszych banknotów. – Liczarki miały służyć do sprawdzania, czy produkt, który podejrzani chcieli wyprodukować, przejdzie, czy też liczarka „odrzuci” taki banknot jako podrobiony – wyjaśnia Piotr Stryszowski.
Czy fałszerzom powiodły się te testy? Prokurator powołuje się na tajemnicę śledztwa. – Papier, który został fizycznie zabezpieczony na miejscu, pozwalał na wytworzenie 360 milionów fałszywych euro. Taka właśnie ilość została uwzględniona w postanowieniu o przedstawieniu zarzutów. Grupa miała w planach wprowadzenie jednak znacznie większej ilości fałszywych euro – podkreśla.
Falsyfikaty miały trafić do obiegu głównie w Polsce i na Ukrainie. Kontakty ze stroną ukraińską, według ustaleń śledczych, zapewniał Wojciech P. – Gdyby produkcja ruszyła, bank europejski miałby problem z taką ilością falsyfikatów na rynku. Zazwyczaj alarm podnosi się, kiedy falsyfikaty już są w obiegu, tutaj udało się interweniować z wyprzedzeniem. Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa działania prokuratury i ABW były bezcenne – uważa były oficer CBŚ, który w przeszłości ścigał fałszerzy pieniędzy.
Inwestycja w urządzenia i komponenty kosztowała majątek. Kto ją sfinansował, czy był to Wojciech P.? – Wiem, ale nie mogę nic na ten temat powiedzieć. W tym zakresie muszę zasłonić się tajemnicą – ucina prok. Stryszowski. – Nie chcę wdawać się w detale, ale było to bardzo kosztowne przedsięwzięcie – dodaje.
Obecnie w areszcie przebywa Wojciech P. i jego najbliższy współpracownik, wobec pozostałych zastosowano środki wolnościowe. – Wojciech P. jest oskarżony o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oraz o próbę podrobienia 360 milionów euro. Trzem pozostałym osobom zarzucamy uczestnictwo w tej grupie – mówi prok. Stryszowski.
Znaczna część tego materiału dowodowego ma charakter niejawny, wiele szczegółów i teraz, i wtedy, kiedy sprawa trafi na wokandę, pozostanie objętych tajemnicą.
Przestępczość Wpadł samotny fałszerz pasjonat. Produkował nawet banknoty chińskie i japońskie
Banknoty polskie, czeskie, a nawet amerykańskie dolary fałszował 47-latek z Małopolski zatrzymany przez policjantów. Miał działać w pojedynkę i wyk…
Fałszerz zabrał się za produkcję euro już ćwierć wieku temu – powstała wtedy jedna z pierwszych nielegalnych fabryk w Europie
Wojciech P. pieniądze zaczął podrabiać już w latach 90. Był aresztowany, otrzymywał wyroki, wychodził i doskonalił „warsztat”. Za podrabianie euro po raz pierwszy wziął się blisko ćwierć wieku temu.
W 2002 r., tuż po wprowadzeniu euro w części krajów europejskich, w Niemczech zaczęły pojawiać się w obiegu pierwsze falsyfikaty – banknoty o nominale 50 euro. Ślad prowadził do Polski – kurierów, którzy je przemycali (ścieżką dla narkotyków) wytropiło ówczesne CBŚ, a fabrykę falszywek we wsi Krusze pod Radzyminem odnaleźli policjanci z wydziału kryminalnego KSP.
W lutym 2003 r. zorganizowano „nalot” na wytwórnię, a w motelu pod Warszawą wpadło trzech kurierów, którzy przynieśli partię falsyfikatów dla „niemieckich kontrahentów” – tyle że w ramach operacji specjalnej podszywali się pod nich policjanci. W pobliżu zatrzymano dwóch fałszerzy (w tym Wojciecha P.) z dużą ilością banknotów.
Okazało się, że fabrykę euro utworzyli zorganizowana grupa przestępcza z Ostrowi Mazowieckiej i dwaj fałszerze spod Wołomina – jednym z nich był P. W fabryce było 2 tys. sztuk gotowych banknotów o nominale 50 euro. Dodatkowe kilka tysięcy było jeszcze w arkuszach. Policja zablokowała produkcję seryjną. – Była to pierwsza fabryka euro w Polsce i jedna z pierwszych w Europie. Te falsyfikaty były dobrej jakości, kolorowe, w publicznym obrocie przechodziły, zwłaszcza że wtedy euro jeszcze się nie utrwaliło – wspomina policjant ówczesnego CBŚ, który uczestniczył w ustalaniu kurierów.
Doświadczony fałszerz, sprawny organizator, ale zawsze potrzebował technika
Problem uznano za tak poważny, że w CBŚ utworzono zespół ds. zwalczania fałszerstw pieniędzy, przewidując, że zjawisko się nasili, co faktycznie potwierdziły kolejne lata.
Jak nasi rozmówcy z dawnego CBŚ oceniają Wojciecha P.? – To doświadczony fałszerz, sprawny organizator, ale zawsze potrzebował technika. Skalibrowanie maszyny offsetowej na trzy kolory wymaga sporej wiedzy i umiejętności – wskazuje nam były funkcjonariusz.
Z akt sprawy Wojciecha P. i jego wspólników, jakie udostępnił nam Sąd Okręgowy w Warszawie, wiemy, że już w tej sprawie P. miał zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, ale ostatecznie sąd skazał go za fałszowanie pieniędzy i wprowadzanie ich do obrotu w ramach grupy przestępczej. Wytwarzał je, wraz z innymi przy użyciu m.in. „specjalistycznych urządzeń, w tym m.in. matryc offsetowych i typograficznych, urządzeń małej i dużej poligrafii, drukarki laserowej, suszarek, gilotyn”. W wyroku czytamy, że Wojciech P. wprowadził do obiegu 2044 podrobionych banknotów o nominale 50 euro, ale plany miał znacznie bardziej ambitne – jak wskazał sąd, czynił przygotowania do wprowadzenia do obiegu podrobionych banknotów „na kwotę 1 000 000 euro”. Został skazany ostatecznie na 8 lat pozbawienia wolności.
Ale polską walutę fałszował już na początku lat 90. – wynika z akt jego kolejnej sprawy. Dostarczył maszynę kopiującą i zlecał drukowanie pieniędzy swojej znajomej – zorganizował sprzęt, sfinansował zakup środków i odbierał gotowe falsyfikaty (w sumie chodziło o 9 tys. sztuk – było to w 1992 r.). Wojciech P. się nie przyznał, utrzymywał, że jest „kozłem ofiarnym”, a znajoma go pomawia, bo odrzucił jej względy.
Został za to skazany na 5 lat, potem karę obniżono mu do 3 lat więzienia. Wyrokiem łącznym sąd orzekł wobec niego 10 lat pozbawienia wolności i grzywnę.
Przestępczość Przejęto miliony fałszywych banknotów. Miały trafić do Europy
Policja aresztowała w Bułgarii mężczyznę i kobietę po przejęciu milionów fałszywych banknotów dolarowych i euro, przeznaczonych do dystrybucji na U…
Fałszywe ruble na papierze sprowadzonym z Niemiec. Słynny fortel i niekonwencjonalne działanie policji
Okolice Wołomina od lat były uważane za „zagłębie fałszerskie”. Stamtąd pochodzili rzemieślnicy-fałszerze, którzy na potrzeby gangu wołomińskiego podrabiali pieniądze czy dokumenty. – O Wojciechu P. mówiono „fałszerz Dziada”, czyli nieżyjącego już szefa gangu wołomińskiego i na to wskazywało nasze rozpoznanie operacyjne – wspomina jeden z byłych policjantów.
Z wiedzy operacyjnej ówczesnego CBŚ wynikało, że P. miał być zaangażowany, wraz z innymi fałszerzami w jedną z najciekawszych historii kryminalnych lat 90. Była ona związana z kradzieżą przez gang wołomiński transportu papieru do produkcji fałszywych rubli. Policja zdobyła informacje, że grupa wołomińska przygotowuje się do ich produkcji na dużą skalę. I to największego nominału – gang zamówił w Niemczech 5 ton specjalistycznego papieru. Powodem była emisja cegiełek na restaurację cerkwi w Rosji. Jadący z Niemiec transport wzięto pod obserwację, bo zamierzano dotrzeć do całej grupy.
Jednak gangsterzy okazali się sprytni. Po przekroczeniu granicy, ciężarówka z papierem wjechała do lasu, wjazd został zablokowany, a po krótkim czasie, wyjechała – tyle, że inna, już bez papieru. W lesie podmieniono pojazdy. Wkrótce zaczęły pojawiać się fałszywe ruble. Ilość, jaką gang planował wyprodukować, mogła zachwiać rosyjskim systemem bankowym.
Adam Rapacki (późniejszy generał Policji i twórca CBŚ) – wtedy w Komendzie Głównej Policji odpowiedzialny za zwalczanie przestępczości zorganizowanej – postąpił w sposób niekonwencjonalny: podjął rozmowę z liderem grupy wołomińskiej, Henrykiem N. ps. Dziad. Przekazał mu jasny komunikat: przejęcie papieru grozi międzynarodową aferą, i jeśli papier nie zostanie zwrócony, to ludzie z gangu wołomińskiego i ich rodziny nie będą mieli spokoju. Czekają ich najścia policji i mandaty nawet za niewłaściwe przejście przez ulicę. – Usłyszałem „nie kozacz, bo przyjadą misie ze wschodu i cię załatwią”. Odpowiedziałem, że będzie na to odpowiednia reakcja ze strony policji – opowiada nam gen. Adam Rapacki.
W rezultacie 4,7 tony papieru zwrócono, z reszty grupa już zaczęła wytwarzać fałszywe ruble. Policja zlokalizowała fabrykę. – Z naszych ustaleń operacyjnych wynikało, że Wojciech P. był wśród fałszerzy zaangażowanych w produkcję – informuje nas były policjant CBŚ z tamtego okresu.
Jak relacjonuje, fałszerze pieniędzy to przestępcza „elita”, inteligentni i jedni z najlepiej wykształconych przestępców. Z reguły są niezależnymi strzelcami, ale muszą być „podpięci” pod jakąś grupę przestępczą. – Fałszerzami pozostają do końca życia. I tak jak wszystkich przestępców, gubi ich pazerność – podsumowuje nasz rozmówca.
