Dziś biotechnologia to nie tylko perspektywa na nowatorskie i efektywne metody terapii, ale też szansa na imponujące dochody – o ile potrafimy je zlokalizować. Rozmawiamy z Evanem McCullochem, kierującym funduszem Franklin Biotechnology Discovery Fund w Franklin Templeton, o tym, w jakim miejscu cyklu znajduje się ten sektor, czemu USA wciąż górują nad Europą i Chinami oraz w jaki sposób inteligencja sztuczna skraca ścieżkę od laboratorium do apteki.

Wyższe zyski niż dzięki big techom
Fundusz, którym zarządza nasz rozmówca, ma ostatnio świetną passę. W minionym roku dał inwestorom 52% zysku, co stanowi jeden z najlepszych rezultatów w jego ponad 25-letniej historii. W tym roku powiększył się o kolejne kilka procent, a jego aktywa wynoszą aktualnie 1,74 mld dolarów.
Punktem odniesienia jest dla niego indeks Nasdaq Biotechnology, który z kolei w ubiegłym roku po raz pierwszy od dłuższego czasu zaczął uzyskiwać lepsze rezultaty niż szeroki rynek Nasdaq – zdominowany przez potężne firmy technologiczne. Indeks biotechnologiczny zyskał 32% i przebił Nasdaq Composite o blisko 12 punktów procentowych.
Reklama
Zobacz także
Cały świat na jednym rachunku. Ponad 71 tys. instrumentów finansowych (Link afiliacyjny – zarabiamy na prowizji)
Co sprawiło, że inwestorzy zaczęli poświęcać o wiele większą uwagę tej gałęzi przemysłu? Evan McCulloch wymienia dwa czynniki, z których pierwszy miał charakter stricte polityczny.


Evan McCulloch, zarządzający funduszem Franklin Biotechnology Discovery Fund (Materiały prasowe)
Na początku zeszłego roku rynkiem wstrząsnęły nowe opłaty celne i przepisy cenowe, które, jak zaznacza ekspert, obniżyły wyceny w całym sektorze opieki zdrowotnej oraz związanej z nim branży biofarmaceutycznej.
– Sytuacja była poważna, ponieważ wiele lekarstw produkowanych przez amerykańskie przedsiębiorstwa wytwarza się poza Stanami Zjednoczonymi, a ich przywóz łączyłby się z wysokimi cłami – podkreśla Evan McCulloch w rozmowie z Bankier.pl. Przełom nastąpił pod koniec września, kiedy to korporacja Pfizer zawarła porozumienie z administracją Trumpa. Jak objaśnia McCulloch, w ramach umowy firmy przystały na niewielką obniżkę cen, ale wyłącznie w ramach kanału Medicaid – czyli programu ubezpieczeniowego dla osób o najniższych zarobkach, który stanowi nieco poniżej 10% rynku amerykańskiego. Umożliwiło to uniknięcie zmian cen w bardziej znaczącym programie Medicare oraz na rynku komercyjnym, co według eksperta usunęło ryzyko egzystencjalne dla całej branży. W konsekwencji Pfizerem 17 innych dużych firm farmaceutycznych zawarło podobne umowy.
– Drugim czynnikiem pobudzającym wzrost akcji była ogromna fala fuzji i akwizycji (M&A) w czwartym kwartale, będąca bezpośrednim skutkiem poprawy atmosfery politycznej. Przejęcia te mają absolutnie zasadnicze znaczenie dla zachowania zdrowej równowagi między mniejszymi firmami biotechnologicznymi a wielkimi koncernami farmaceutycznymi – akcentuje McCulloch.
Jak funkcjonuje ten rynek
W tym miejscu warto w skrócie wyjaśnić, jak ten rynek funkcjonuje w praktyce. Mniejsze firmy biotechnologiczne koncentrują się na opracowywaniu nowych potencjalnych leków i wczesnych etapach badań klinicznych. Jednak gdy nadchodzi czas na komercjalizację, sprawy się komplikują. – Jako inwestorzy nie chcemy, żeby firmy biotechnologiczne samodzielnie wprowadzały leki na rynek. Musiałyby one stworzyć własne działy sprzedaży, co łączy się z ogromnymi kosztami, a jak pokazuje historia, większość takich premier kończy się fiaskiem, ponieważ małe firmy mają trudności z negocjowaniem warunków z płatnikami – tłumaczy McCulloch.
Z tego powodu najefektywniejszym modelem działania jest przejmowanie innowacyjnych projektów przez gigantów farmaceutycznych, takich jak Pfizer, Eli Lilly czy Merck. Firmy te mają już nawiązane relacje z płatnikami (ubezpieczycielami) oraz gotowe struktury sprzedaży.
Dyrektor zaznacza również, że duże firmy farmaceutyczne wchodzą aktualnie w bardzo ciężki okres nazywany „klifami patentowymi”, ochrona ich kluczowych leków, w zależności od firmy, będzie wygasać pomiędzy bieżącym a 2032 rokiem. Z tego powodu giganci ci są praktycznie zmuszeni do ratowania swoich portfeli i stymulowania przyrostu przychodów poprzez przejmowanie lub licencjonowanie innowacji opracowanych przez sektor biotechnologiczny.
Ekspert dodaje, że premie płacone przy przejęciach wynoszą przeważnie od 50 do 100%. Fundusz ma jasną strategię w takich sytuacjach: – Natychmiast po ogłoszeniu przejęcia zamykamy naszą pozycję i od razu reinwestujemy pieniądze – objaśnia. Wywiera to presję na wzrost cen akcji kolejnych spółek, które fundusz nabywa, a jednocześnie rosną wyceny innych firm postrzeganych przez rynek jako potencjalne cele przejęcia.
Europejczycy powinni więcej płacić za leki?
McCulloch nie pozostawia wątpliwości co do tego, gdzie znajduje się centrum światowej branży biotechnologicznej. – Zdecydowana większość przychodów branży pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ceny leków są wyższe, a ich wykorzystanie jest największe – zaznacza. Mimo że około 15% portfela funduszu stanowią spółki spoza USA (takie jak Jazz Pharmaceuticals z Irlandii czy Argenx z Holandii), ekspert traktuje wiele z nich jak firmy amerykańskie, ponieważ skupiają się one na rynku amerykańskim.
– Liczba ludności w Europie jest półtora raza większa niż w Stanach Zjednoczonych, lecz rynek nie oferuje proporcjonalnych możliwości, ponieważ nikt nie chce płacić tak wysokich cen za terapie. Aby zniwelować tę różnicę, ceny leków musiałyby pójść w górę w Europie, a koszty musieliby ponieść podatnicy – wskazuje ekspert.
– W efekcie leki odkrywane w różnych częściach Europy są następnie opracowywane z myślą o rynku amerykańskim. Firmy koncentrują się na Stanach Zjednoczonych, starając się jak najlepiej zrozumieć amerykański system opieki zdrowotnej i zmaksymalizować szanse komercyjne.
Sytuacja wygląda zupełnie inaczej w Chinach, które usiłują dogonić Zachód. Chiński rząd przeznaczył ogromne środki finansowe na sektor biotechnologiczny, zapewniając firmom biura i laboratoria oraz subsydiując produkcję. McCulloch powołuje się na szacunki, według których aktualnie działa tam ponad tysiąc firm biotechnologicznych, co przekracza łączną liczbę takich firm w pozostałych częściach świata.
Uważa on jednak, że ich model biznesowy wciąż ma wady.
– Chińskie firmy bazują na strategii „szybkiego naśladowcy” i po zakończeniu badań klinicznych II fazy chcą po prostu sprzedawać licencje światowym gigantom farmaceutycznym. Model ten jest skazany na porażkę, ponieważ rynek nie jest w stanie wchłonąć tak ogromnej liczby licencji, a wiele z tych leków, choć skutecznych, nigdy nie stanie się „najlepszymi w swojej klasie” – ocenia McCulloch.
Przyznaje, że z ostatniej podróży do Azji nie przywiózł żadnych interesujących pomysłów inwestycyjnych.
W raporcie napisanym wkrótce po tej podróży podkreślił jednak, że postęp w Chinach jest szybki i jeśli Stany Zjednoczone mają pozostać liderem w dziedzinie biotechnologii, administracja musi podążyć za przykładem Chin w zakresie wspierania innowacji i przyspieszania rozwoju.
A co z Polską? McCulloch przy okazji wizyty nad Wisłą miał okazję spotkać się z jedną z firm biotechnologicznych notowanych na warszawskiej giełdzie (obecnie jest ich prawie 20 – niedawno dołączyła do tej listy firma Syn2bio, wydzielona z grupy Synektik – choć ceny akcji wielu z nich spadły w porównaniu z poziomem sprzed kilku lat). Mimo że firma, o której mowa, znajduje się we wczesnej fazie rozwoju i ma niską kapitalizację, zwróciła jego uwagę dzięki innowacyjnej terapii i współpracy z instytucją amerykańską. – Kiedy dane badawcze będą dostępne i jednoznaczne, porównamy je z odpowiednimi punktami odniesienia i być może na tym etapie dokonamy inwestycji – mówi ekspert.
Wskazuje on jednak na praktyczne trudności związane z inwestowaniem w firmy spoza Stanów Zjednoczonych – zaliczają się do nich różnice stref czasowych, bariery językowe, a przede wszystkim znaczne różnice w standardach rachunkowości, które znacznie utrudniają analizę finansową.
AI przyspieszy i badania, i sprzedaż
Jedną z najistotniejszych kwestii, przed jaką stoi obecnie branża, jest wpływ sztucznej inteligencji. Evan McCulloch podchodzi sceptycznie do poglądów krążących w środowiskach akademickich, że AI może doprowadzić do opracowania lekarstw na niemal wszystkie choroby w ciągu najbliższej dekady. – To nieco przesadzone. Nie mam jednak wątpliwości, że sektor ten jest głównym beneficjentem technologii AI, która wpłynie na każdy aspekt działalności – od fazy odkryć po komercjalizację na rynku – mówi.
Jak tłumaczy ekspert, na etapie przedklinicznym AI ma potencjał skrócenia czasu od zidentyfikowania nowego celu terapeutycznego do rozpoczęcia badań klinicznych fazy I z pięciu lat do zaledwie dwóch. – Kiedy firmy tworzą tysiące różnych wariantów przeciwciał lub cząsteczek, muszą zoptymalizować dziesiątki zmiennych – efektywność, powinowactwo wiązania, okres półtrwania leku czy efekty uboczne – a ludzki umysł nie jest w stanie zintegrować tych danych tak dobrze jak maszyny – wyjaśnia. – Wykorzystanie sztucznej inteligencji usprawni proces wyboru odpowiedniego kandydata na lek i zredukuje liczbę kosztownych niepowodzeń – wyjaśnia specjalista.
Tymczasem na etapie rynkowym algorytmy już teraz okazują się bardzo efektywne.
– Wykorzystanie sztucznej inteligencji pozwala firmom precyzyjnie wytypować lekarzy, którzy najczęściej zajmują się konkretnymi schorzeniami. Pomaga również dotrzeć do samych pacjentów poprzez ukierunkowane kampanie reklamowe – zwiększające świadomość na temat konkretnej choroby, a nawet promujące określony lek – tłumaczy ekspert.
Efektem tego jest ostatnia seria niezwykle udanych wprowadzeń nowych leków na rynek.
Do branży wkraczają również giganci technologiczni – w tym sama Nvidia, która oferuje i sprzedaje usługi oparte na sztucznej inteligencji bezpośrednio firmom farmaceutycznym.
Inwestycyjne hity. Nawet 1500 procent zysku w rok
Inwestowanie w firmy biotechnologiczne może przynieść spektakularne zyski – tak jak w przypadku Terns Pharmaceuticals, spółki należącej do Franklin Biotechnology Discovery Fund, której akcje poszły w górę o ponad 1500% w ciągu ostatnich 12 miesięcy.
McCulloch wspomina, jak podczas imprezy przedkonferencyjnej w San Francisco zwróciła się do niego prezes tej firmy. – To firma z sąsiedniego miasta. Jej kapitalizacja rynkowa wynosiła 150 mln dolarów, czyli mniej niż jej zasoby gotówki. Miała dwa leki we wczesnej fazie rozwoju, w tym inhibitor kinazy tyrozynowej stosowany w leczeniu przewlekłej białaczki szpikowej – mówi McCulloch.
Podczas kolejnego spotkania prezes przedstawiła zrównoważoną ocenę potencjału leku w oparciu o dostępne badania – mimo optymizmu miała pewne obiekcje. – Pomyślałem wtedy sobie – dwa leki, dwie szanse, wycena praktycznie zerowa. Kupiliśmy niewielki pakiet po 3 dolary za akcję – wspomina zarządzający funduszem. Kiedy firma opublikowała doskonałe wyniki badań klinicznych, cena akcji wzrosła do około 14 dolarów, następnie 28 dolarów, aż w końcu firma została przejęta przez Merck za 53 dolary za akcję. Fundusz utrzymał tę inwestycję do samego końca.
Innym przykładem jest Praxis Precision Medicines, firma zajmująca się opracowywaniem leków na takie schorzenia jak epilepsja i drżenie samoistne. W ciągu roku dała ona zysk w wysokości ponad 750%.
Po tym, jak wiosną ubiegłego roku firma ogłosiła niepowodzenie po analizie wyników badań klinicznych, rynek się od niej odwrócił. Mimo to badania były kontynuowane, a ostateczne ujawnienie danych pokazało, że lek faktycznie działa bardzo dobrze. – Kurs akcji zaczął rosnąć do około 60 dolarów, a zarząd podjął decyzję o przeprowadzeniu dodatkowej oferty w celu pozyskania kapitału. Nasza analiza wskazywała, że potencjalny rynek dla tego leku był wart od 6 do 9 miliardów dolarów, podczas gdy cena akcji sugerowała, że rynek wycenił go na 2 miliardy dolarów. W ramach oferty kupiliśmy dodatkowe akcje o wartości 25 milionów dolarów, zwiększając ich udział w portfelu do 3%. Następnie cena akcji gwałtownie poszybowała w górę – wspomina McCulloch. Obecnie akcje są notowane po ponad 330 dolarów za sztukę.
Jest to często droga, którą podążają odnoszące sukcesy firmy biotechnologiczne. Jednak tylko niewielkiej części z nich udaje się odnieść sukces, zanim wyczerpią się środki na badania. Dlatego portfel funduszu zarządzanego przez McCullocha jest zdywersyfikowany i obecnie składa się z 93 pozycji. – Lubię mieć wiele różnych opcji i możliwość elastycznego reagowania – zauważa ekspert.
Które firmy z portfela są obecnie jego faworytami? – Trudno wskazać tylko jedną. Aktualnie największą pozycją w naszym portfelu jest Jazz Pharmaceuticals. To dojrzała, stabilna firma, która wprowadza na rynek obiecujące nowe leki. Jednocześnie zwiększyliśmy nasze zaangażowanie w Oruka w związku z zachęcającymi wynikami badań klinicznych – zauważa McCulloch.
Na koniec nieco studzi przesadny optymizm – chociaż jego zdaniem hossa nadal trwa, rynek już oddalił się od niskich i atrakcyjnych wycen. – W tym roku zanotowaliśmy wzrost o kilka procent. Spodziewam się, że sektor będzie nadal rósł do końca roku, choć prawdopodobnie w bardziej umiarkowanym tempie – mówi zarządzający funduszem. Sugeruje również, że w portfelu przeciętnego inwestora opartym na akcjach amerykańskich w biotechnologię powinno być alokowane około 5% kapitału. Pozwoli to inwestorom czerpać zyski z długoterminowych perspektyw branży.
