
W poprzednim artykule pokrótce poruszyliśmy fundamentalne założenia subiektywnego idealizmu. Skrajnym przejawem tego nurtu filozoficznego jest solipsyzm (od łacińskiego solus – jeden, pojedynczy – i ipse – jaźń). U podstaw solipsyzmu leży twierdzenie Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”, które jest nie tylko początkowe, ale i ostateczne. Oznacza to, że istnieje tylko moja indywidualna świadomość, a wszystko inne – ręce i nogi, ludzie, zwierzęta, chmury, strona internetowa „Szkoła Życia” – jest jedynie jej tworem, obiektywnie nieistniejącym.
Takie idee są oczywiście obce zdrowemu rozsądkowi i brzmią jak brednie narkomana. Nie radziłbym jednak wdawać się w filozoficzną debatę z solipsystą, posługującym się wszystkimi zasadami logiki.
Choć na pierwszy rzut oka może się to wydawać zaskakujące, filozofia solipsyzmu jest całkowicie spójna i praktycznie niemożliwa do obalenia.
Wyobraź sobie taki typ argumentu:
SOLIPSYSTA: Nie ma niczego oprócz mojej świadomości.
TY: A ja? A ten stół?
SOLIPSYSTA: Zarówno ty, jak i stół jesteście jedynie duchami moich wrażeń, generowanymi przez moją świadomość.
TY: Ale w arsenale nauki istnieją urządzenia, które pozwalają nam rejestrować to, co naprawdę istnieje, ale czego człowiek nie odczuwa.
SOLIPSIST: Ale nadal odbieramy informacje z tych urządzeń za pomocą zmysłów. Patrzymy przez mikroskop oczami i słyszymy licznik Geigera uszami.
TY: Czyli nie ma realnego świata poza twoimi odczuciami?
SOLIPSIST: Oczywiście, że nie. Wszystko, co nazywamy rzeczywistością, „my” sami, nasze rozmowy, wszystkie moje doznania – to wszystko jest tylko snem. Cały świat wokół mnie mógłby być tylko moim niekończącym się snem. Marzysz, prawda?
TY: Tak, ale potem się budzę…
SOLIPSIST: Czy kiedykolwiek miałeś wrażenie, że się budzisz, chociaż tak naprawdę śniłeś?
TY (zniechęcony): Stało się… Ale mogę cię uszczypnąć i na pewno się obudzisz.
SOLIPSYSTA: Uszczypnięcie i moje przebudzenie to także tylko odczucia w mojej świadomości…
TY: Ale to cię boli. Po co ci taka gra umysłowa?
SOLIPSYSTA: Cóż, taka jest jego specyfika – wywołuje najróżniejsze uczucia. Czy miałeś kiedyś sny, w których czułeś ból? Albo hipnotyzerów, którzy sprawiają, że czujesz, jakby zimna moneta była gorąca, przez co czujesz pieczenie?
TY (zirytowany): No cóż, skoro to wszystko to po prostu twoja bzdura, wyjdź na ruchliwą ulicę i stań na drodze pędzącego samochodu.
SOLIPSYSTA: Fakt, że ból jest produktem mojej świadomości, nie oznacza, że chcę go doświadczać.
TY (śmiejąc się i wskazując): Aha! Boisz się!!! Tam kończy się twoja świadomość – twoja ukochana i jedyna.
SOLIPSIST: Strach jest również produktem mojej świadomości. A moja świadomość nie chce mi stworzyć wyjścia na drogę. A także: moja świadomość chce zakończyć tę dyskusję z tobą, a raczej z samą sobą. Adios.
TY (ze złością): Nie chcę kończyć tej kłótni! Teraz stworzenie twojej świadomości będzie cię walić po głowie, aż porzucisz swoje idiotyczne myśli!
SOLIPSYSTA (zaskoczony): Mam poważne kłopoty… Mój przeklęty umysł…
Jak zauważyłeś, przekonanie solipsisty jest całkowicie możliwe, ale wymaga wyjścia poza czysto logiczne rozumowanie. A jeśli nie wykończysz przeciwnika, opamięta się i uzna cię za zły twór swojej świadomości, a w konsekwencji jego świadomość będzie unikać konfrontacji z tobą (i najprawdopodobniej spowoduje to wezwanie policji i wpakowanie cię do więzienia). Niełatwo, a wręcz trudno, być konsekwentnym subiektywnym idealistą.
Jak nie przypomnieć sobie słów idealisty z „Fausta” J. W. Goethego, który znalazł się na sabacie czarownic:
„Jestem treścią bytu
I początek wszystkiego.
Ale jeśli ten szabat jest mną,
„Tutaj nie ma nic pochlebnego.”
Prawdopodobnie dlatego prawdziwi, konsekwentni solipsyści praktycznie nie istnieją. Wszyscy zwolennicy subiektywnego idealizmu, w taki czy inny sposób, wynajdują rozmaite wymówki, najczęściej stopniowo popadając w idealizm obiektywny.
Berkeley, na przykład, odczuwając pewien dyskomfort z powodu pozornie „uczciwej” idei, że coś innego istnieje tylko wtedy, gdy jest obserwowane i postrzegane, wprowadził do swojej filozofii absolutnego Obserwatora wszystkiego – to znaczy tego samego Pana Boga. R. Knox skomponował nawet humorystyczny limeryk na ten temat:
„Nie” – nagle zagrzmiało w ciszy słowo,
Twoje argumenty są złe.
Czy to naprawdę jest pień?
Było tu cały dzień,
Nawet jeśli nie ma w pobliżu żywej duszy?
Panie, to zamieszanie jest dla mnie dziwne:
Ten argument wcale nie jest zły.
Aby ten pień stał
Było tu cały dzień,
Z poważaniem, Bóg czuwa.
Jeśli chodzi o Hume'a, to jak zawsze rozwiązał on problem z zadziwiającą prostotą. Argumentował, że to, co istnieje poza naszymi zmysłami, jest kwestią nie wiedzy, lecz wiary. Zatem, pomimo swojej filozofii, Hume dość łatwo WIERZYŁ w realność świata zewnętrznego i Boga. Pisał, że wiara w istnienie świata zewnętrznego jest niezbywalną cechą naszego bytu, „jak czucie i oddychanie”. Filozofia to filozofia, ale uderzenie w głowę kluczem francuskim i trafienie do piekła (a nawet zniknięcie w nicości) to perspektywa nie do pozazdroszczenia.
Trzeci słynny idealista subiektywny, Johann Gottlieb Fichte, stworzył niezwykle zawiłą doktrynę. Rozpoczął ją również od stwierdzenia, że subiektywne „ja” jest jedyną rzeczywistością. Jednak jego „ja” jest bardziej subtelne.
Po pierwsze, nie tylko zawiera w sobie cały świat, ale także aktywnie go tworzy (mówiąc z grubsza, „ja i świat jesteśmy jednym”). Po drugie, aby uniknąć wszelkich niedogodności, Fichte zasadniczo rozkłada to właśnie „ja”.
Dla Fichtego „ja” to nie tylko konkretna świadomość, lecz złożony byt. Istnieje absolutne „ja”, które się ustanawia i jednocześnie generuje „Nie-ja” (to, co nazywamy otaczającą nas rzeczywistością). To tworzenie „Nie-ja” i interakcja z nim stanowią istotę ludzkiego życia.
W istocie, w ludzkim „ja” Fichtego zachodzi swoista, subiektywna kosmogonia. Absolutne „ja”, niczym Bóg, tworzy względnie autonomiczne byty – samoświadome, osobiste „ja” i resztę świata, „Nie-ja”. A ponieważ Fichte z pewnością wchodził w interakcje z innymi ludźmi w swoim „Nie-ja”, „Nie-ja” logicznie rozpada się na setki innych „bytów”.
Jak widać, wszyscy ci subiektywni idealiści, w taki czy inny sposób, są zmuszeni (pamiętając o kluczu francuskim, lęku przed śmiercią i szaleństwie) wprowadzać byty wykraczające poza bezpośrednie, osobiste „ja”, od którego rozpoczęli swoje refleksje i które jest zrozumiałe dla każdego. A ponieważ „ja nie jestem ja, a krowa nie jest moja”, tę „krową” można śmiało nazwać niezależną rzeczywistością. Innymi słowy, jeśli świat zewnętrzny jest generowany przez naszą świadomość NIEZALEŻNIE od naszej woli, jeśli niepodzielna arbitralność w jego obrębie jest niemożliwa, to czym ta niezależna część naszej świadomości różni się od obiektywnej siły – Boga, Natury i tak dalej?
W ten sposób subiektywny idealizm ponownie przechodzi w idealizm obiektywny. Fichte nie był wyjątkiem i pod koniec życia zaczął skłaniać się ku idei Najwyższego Ducha istniejącego niezależnie od naszej świadomości.
Zatem jeśli na świecie istnieje prawdziwy subiektywny idealista, to może nim być tylko sam Bóg. Jednakże, sądząc po większości religii, On również nie chce się gotować we własnym sosie; w przeciwnym razie, dlaczego miałby obdarzać swoje stworzenia przysłowiową wolną wolą?
