
Nie ma potrzeby grzebać w piwnicy pamięci
W poszukiwaniu szczęścia, życzę miłego dnia:
Dzień jest sześcianem kryształu, diamentowym kolosem
Lśni, przyciąga, oślepia mnie.
Radość kryje się w gwarze, w drżeniu.
Świąteczne krople spadają z wiosła.
Czaple i łabędzie wygięły szyje,
Spojrzenie w niebo: jak tam jest?
Niewód wypełniony jest królewskim połowem.
Dzieci skaczą na szkolnym boisku.
Ludzie się martwią: jak jest tam na niebie?
Co, on już usiadł? Yura, hura!!!
Gęsi zagdakały radośnie.
Karaluch zatańczył taniec bez szabli.
Wierzby i wiązy szeptały do siebie
Słowa czułe i młodzieńcze.
Fale radośnie rozbijały się o ścianę.
Zarówno pieśń jak i wiersz wypłynęły z serca…
To był najlepszy i najszczęśliwszy dzień.
Nigdy nie było i nigdy nie będzie drugiego takiego człowieka!
Jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu był 12 kwietnia 1961 roku. Muszę przyznać, że tamtego ranka zrobiłem coś dość niemiłego, czego później wcale nie żałowałem. Nie była to reguła, a wyjątek; ale i tak po pierwszej lekcji w szkole pobiegłem do domu, rzekomo z powodu bólu zęba. Nawiasem mówiąc, teraz myślę: coś musiało mnie do tego popchnąć, bo przecież nie opuszczałem lekcji. Generalnie byłem wzorowym uczniem w tamtych latach…
Byłem żywo zainteresowany naszymi ówczesnymi osiągnięciami w nauce i technologii. I oczywiście w kosmonautyce. Czekałem, miałem nadzieję i wierzyłem, że wkrótce ktoś poleci w kosmos.
Usiadłem przy biurku, obok mnie stał radiogram Żyguli. Około dziesiątej rano włączyłem go. Kilka minut później zaczęły napływać znajome, uroczyste i radosne dźwięki moskiewskiego radia, zapowiadające jakieś ważne ogłoszenie. Rozległ się majestatyczny, triumfalny głos Jurija Lewitana: „Uwaga! Uwaga! Mówi Moskwa! Mówi Moskwa! Nadajemy komunikat TASS o pierwszym na świecie załogowym locie kosmicznym!”. Znam ten komunikat TASS na pamięć do dziś. Wiadomość była oszałamiająca, ściskająca za serce! Radość, szczęście i duma wypełniły mnie po brzegi. Nie mogąc się powstrzymać, skakałem po pokoju, krzycząc coś z zachwytu. Otworzyłem szeroko okno, chcąc podzielić się nowiną z przechodniami, ale tego dnia nikogo nie było w pobliżu. Chciałem biec do szkoły, żeby powiedzieć o tym kolegom, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie: bolał mnie ząb. Wziąłem babcię w ramiona i zacząłem nią, biedactwo, kręcić się po pokoju.
Jakże byłem szczęśliwy tego dnia i w dniach, które nastąpiły później! 12 kwietnia był najszczęśliwszym dniem ze wszystkich.
Zakochałam się w Juriju Gagarinie od razu, zanim jeszcze wyobraziłam sobie jego wygląd. Zakochałam się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam jego metrowe portrety w gazetach. Jak miliony innych, zakochałam się w jego uśmiechu i byłam oczarowana jego urokiem, prostotą, odwagą i dobrocią.
Gogol nazwał kiedyś Puszkina uosobieniem Rosjanina. W XX wieku to samo można było powiedzieć o Juriju Aleksiejewiczu Gagarinie. Otwarta rosyjska twarz, pogodny rosyjski charakter, brawurowe rosyjskie „Chodźmy!”.
Dziś uczy się nas czcić „sukces i osiągnięcia”, czyli tych, którzy zgromadzili ogromne fortuny. Ale nawet jeśli zapomnimy, jak je zdobyli, nie sposób nie zauważyć, że dzisiejsza „elita” reprezentuje niezwykle ograniczoną i daleką od kreatywności część społeczeństwa.
W czasach sowieckich termin „sukces” odnosił się do genialnych naukowców, wybitnych inżynierów, wybitnych lekarzy i dowódców wojskowych, którzy dowiedli swojej wartości na polach bitew Wielkiej Wojny. Młody człowiek ze Smoleńska, wyłaniający się z głębin ludzkiej egzystencji, wdarł się w te szeregi – niczym rakieta, która go poniosła. Podążył drogą dziesiątek milionów swoich rówieśników: głodne dzieciństwo w spustoszonej wojną wsi, szkoła ciężkiej pracy – w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu – pasja do sportu i techniki, śmiała żądza postępu, wznoszenia się. Sukces Jurija Gagarina stał się sukcesem jego pokolenia, całego narodu radzieckiego.
Kiedy dziś krytykuje się czasy, z którymi związana jest większość naszego życia, możemy, z poczuciem własnej sprawiedliwości i wspólnego sukcesu, wskazać na zdjęcie Jurija Gagarina i powiedzieć: „Oto Rosjanin z czasów sowieckich!”
