
Niech więc każdy, poprzez naszą nieśmiałość, dokona wyboru: czy nadal będzie świadomym sługą kłamstwa… czy też nadszedł czas, aby pozbyć się wizerunku uczciwego człowieka, godnego szacunku zarówno swoich dzieci, jak i współczesnych.
A. Sołżenicyn. „Życie nie kłamstwem”. 1974
Szóstoklasista Jura Fonariew bardzo cierpiał 1 kwietnia z powodu głupiego primaaprilisowego zwyczaju okłamywania wszystkich. Postanowił więc, że skoro jest dzień, w którym wszyscy okłamują wszystkich, to musi być też dzień, w którym wszyscy mówią prawdę. Zaproponował swoim kolegom z klasy, aby ustanowić 2 kwietnia dniem uczciwości, w którym kłamstwo jest zakazane pod żadnym pozorem, a szóstoklasista klasy „B” poparł ten pomysł.
Żaden dobry uczynek nie uchodzi bezkarnie. Za wcielenie w życie swojego genialnego pomysłu dzielni szóstoklasiści musieli zapłacić najwyższą cenę. Nie skłamanie nawet raz w roku okazało się prawdziwym wyzwaniem. Właśnie o tym opowiada opowiadanie „Drugi kwietnia”. Nie będę opowiadał jego fabuły. Nie chcę pozbawiać tych, którzy jeszcze go nie przeczytali, przyjemności osobistego zetknięcia się z jednym z najwspanialszych dzieł prozy I. Zvereva (1926–1966). Co więcej, opowiadanie jest krótkie i łatwo je znaleźć w internecie. Wiem to na pewno. Kilka lat temu osobiście zeskanowałem, poprawiłem i opublikowałem w internecie książkę, która oprócz słynnego „Drugiego kwietnia” zawierała kilka innych opowiadań, nowel i artykułów tego dziś zapomnianego pisarza.
Daty życia I. Zvereva mówią same za siebie. Należy on do pokolenia, które nigdy nie ujrzało światła dziennego. Urodzeni w latach 1925-1926 nigdy nie dotarli na front. Los przygotował dla nich inny los.
Stali się aktywną częścią społeczeństwa sowieckiego w okresie znanym później jako „odwilż”. Władze, które bezlitośnie ciągnęły kraj ku „świetlanej przyszłości”, nagle straciły orientację i rozluźniły uścisk. To i owo stało się tolerowane. Tolerowano nawet ten rodzaj niezależnego myślenia, który wcześniej przerażał.
Co więcej, po 12 kwietnia 1961 roku, po raz pierwszy od wielu lat, słowa niegdyś lekkomyślnie wypowiedziane przez Władimira Majakowskiego: „Sowieci mają swoją dumę”, okazały się prawdziwe. Ciężki przemysł Związku Radzieckiego, a tym bardziej lekki, nigdy nie budził światowej dumy. Ale radziecka nauka i sztuka, jak się okazało, wciąż były godne dumy. Cały świat znał G. Ułanową, cały świat znał Jurija Gagarina. Nawiasem mówiąc, jedno z opowiadań I. Zwieriewa nosiło tytuł „Wszyscy lecą w kosmos”.
Jurij Wizbor, najmłodszy z pokolenia „odwilży”, zażartował później: „Ale my produkujemy rakiety, budujemy tamę na Jeniseju i wyprzedzamy resztę świata w balecie”. Miał już powody do ironii. Ale patrząc na kroniki filmowe i zdjęcia z początku lat 60., widać: w tamtych latach ZSRR nie pozostał całkowicie w tyle za rozwiniętym światem. Nadal można było zająć należne mu miejsce w globalnej wspólnocie. Potrzeba było tylko trochę więcej wysiłku!
Zauważmy z naszej odległej perspektywy, że tym razem to nie „zwykli ludzie” musieli się wysilić. Dali już z siebie wszystko. Wzrost Związku Radzieckiego do globalnej potęgi w tamtych latach był w 99 procentach zasługą ich potu, cierpienia i poświęcenia. Teraz wszystko zależało od ważniaków. Praca niewolnicza ewidentnie stała się nieskuteczna. System zarządzania zbudowany w poprzednich latach przez wszelkiego rodzaju „skutecznych menedżerów” wymagał zmiany. Było to trudne i okrutne przedsięwzięcie, naznaczone zawałami serca i udarami mózgu.
Trzydziesto- czy czterdziestoletni „chłopcy” marzący o rewolucjach, nawet pokojowych, nie biorą jeszcze pod uwagę tych dolegliwości. Ale czołowi przywódcy partyjni lat 60., zmęczeni życiem i strachem, z pewnością to robili. Nie mieli już siły, a co najważniejsze, chęci, by porzucić swoje „święte zasady”, by wreszcie przestać okłamywać siebie i ludzi, którymi rządzili. Chociaż, jak twierdził bohater powieści Michaiła Bułhakowa, jeszcze nie czytany przez kraj, „mówienie prawdy jest łatwe i przyjemne”.
Nie, to chyba nie jest łatwe, a może i nieprzyjemne – uświadomili sobie szóstoklasiści pod koniec zorganizowanego przez siebie „dnia prawdy”. Jest to jednak konieczne – doszedł do wniosku I. Zwieriew za pośrednictwem swoich rodziców. W przeciwnym razie obecne pokolenie radzieckie nie będzie żyło w komunizmie, jak obiecywali ówczesni przywódcy.
Pokolenie I. Zwieriewa wciąż dość tolerancyjnie podchodziło do tego słowa. „Komunizm” był synonimem wspaniałej przyszłości, która być może nie nadejdzie za dwadzieścia lat, ale na pewno nadejdzie. W której wszyscy będą młodzi (przynajmniej duchem), absolutnie zdrowi, absolutnie syci i, o ile to możliwe, szczęśliwi. Ta świetlana przyszłość została już opisana w powieści I. Jefremowa. Bracia Strugaccy opisali ją tak barwnie i wciągająco. Dlatego prawie nikt nie wątpił w nadejście tego szczęśliwego czasu.
Dziś optymistyczna proza I. Zvereva wydaje się nawet nieco naiwna. Ale nie należy winić autora za to. Pisał szczerze o tym, co widziało, w co wierzyło i na co liczyło jego pokolenie. Był prawdomówny aż do swojej przedwczesnej śmierci. Okazuje się, że zawały serca zdarzały się również „chłopcom”.
Przedwczesna śmierć pod koniec „odwilży” uwolniła pisarza z trudnej drogi rozczarowań, pesymizmu i zdrady. Jego współcześni, znani dziś jako „pokolenie lat sześćdziesiątych”, doświadczyli tego wszystkiego w nadmiarze. To, że taka droga była mu gwarantowana, jest dziś równie pewne, jak pierwsi czytelnicy braci Strugackich byli pewni, że będziemy żyć w świetlanej, komunistycznej przyszłości.
Bez wątpienia Ilja Zwieriew nie uniknąłby konfliktów z przełożonymi, którzy postanowili zostawić wszystko po staremu, a nawet nieco przykręcić śrubę. Choćby dlatego, że według jego paszportu pisarz Ilja Zwieriew nazywał się Izold Judowicz Zamberg. Aby awansować po radzieckiej drabinie literackiej z takim nazwiskiem, imieniem, a zwłaszcza patronimem, trzeba by być kompletnie pozbawionym zasad, skrajnie bezwstydnym i, o ile to możliwe, pozbawionym talentu literackiego. Ilja Zwieriew nie posiadał żadnej z tych „cnót”. Był więc skazany na pójście w ślady Josifa Brodskiego, Nauma Korżawina i Aleksandra Galicza.
Albo, przerażeni „strasznymi” obcymi krajami, gdzie, jak wierzono, życie rosyjskiego pisarza było niemożliwe, mogli popaść w zapomnienie i stać się zwyczajną postacią radzieckiej literatury. Trochę buntowniczo, ale generalnie nie szukającą kłopotów.
I co roku starannie skreślam 2 kwietnia na kalendarzu biurkowym…
