Amerykańska potęga branży gier wideo, Epic Games, ogłosiła kolejną falę redukcji zatrudnienia na dużą skalę. Pracę utraci blisko 1000 osób. Producent mierzy się z osłabieniem zainteresowania swoją sztandarową produkcją "Fortnite", a jego szef otwarcie stwierdza: "wydatkujemy dużo więcej, niż pozyskujemy".

Spowolnienie w sektorze gamedev nie ustępuje. A właśnie ogłoszone zwolnienia w Epic Games to jedna z największych redukcji personelu w branży technologicznej w ostatnich miesiącach. Ta decyzja nadchodzi niecałe trzy lata po tym, jak we wrześniu 2023 roku korporacja z siedzibą w Karolinie Północnej zwolniła 830 pracowników z bardzo analogicznych powodów.
Pilnie poszukiwana rentowność
W wiadomości do załogi dyrektor generalny Epic Games, Tim Sweeney, przedstawił dosyć przygnębiający obraz aktualnej sytuacji finansowej firmy. Zaznaczył, że bieżące uwarunkowania rynkowe są "najbardziej ekstremalne od początkowych lat działalności" przedsiębiorstwa.
Zatem firma przełącza się w tryb awaryjny i obiera kurs na cięcia kosztów. Poza zwolnieniami grupowymi korporacja wytypowała ponad 500 milionów dolarów oszczędności w sferach takich jak:
- marketing,
- kontrakty z zewnętrznymi podmiotami,
- likwidacja wakatów na nieobsadzonych stanowiskach.
Jednakże, jak zapewnia wydawca, zwalniani pracownicy mogą oczekiwać co najmniej czteromiesięcznych rekompensat, przyśpieszenia nabywania praw do opcji na akcje oraz prolongaty ubezpieczenia zdrowotnego o pół roku.
"Fortnite" traci blask. Epic podwyższa ceny, a gracze ograniczają wydatki
Kłopoty Epic Games stanowią w dużej mierze odbicie szerszych tendencji w branży. Od początku w 2017 roku, "Fortnite" generował ogromne strumienie pieniędzy, bazując na modelu live-service (czyli gry nie jako kompletny produkt, lecz jako usługa). Model ten potrzebuje jednak nieustannego zaangażowania graczy i regularnych mikropłatności, a ze strony twórców permanentnych ulepszeń i uprzyjemniania oferty. Należy jednak przyznać, że poprzeczka – którą nieustannie sam sobie podnosił Epic w tej produkcji – jest dzisiaj wyjątkowo wysoko zawieszona, a co za tym idzie, oczekiwania są ogromne.
W międzyczasie, jak wynika z danych przedsiębiorstwa analitycznego Circana, mimo że "Fortnite" nadal przewodzi w rankingach aktywnych użytkowników na konsolach PlayStation i Xbox w USA, czas spędzany w grze radykalnie maleje. W lutym br. przeciętny posiadacz PlayStation poświęcił na grę 16 godzin miesięcznie (spadek z 21 godzin rok do roku). Analogiczny trend widać na konsolach Xbox (spadek z 19 do 15 godzin).
Zatem spółka próbuje ratować zyski, przerzucając koszty na graczy – w minionym tygodniu Epic Games podwyższyło ceny wirtualnej waluty w grze (tzw. V-dolców), motywując to narastającymi kosztami operacyjnymi.
Zresztą to nie tylko problem Epic. Gamedev, jako całość, boryka się obecnie z niemal geometrycznie rosnącymi budżetami produkcyjnymi, spadkiem sprzedaży konsol oraz bardziej rozważnym podejściem konsumentów do wydatków. W ciągu ostatnich lat branża zredukowała dziesiątki tysięcy stanowisk pracy,
Kosztowne spory z Big Tech i miliardy "zastrzyku gotówki" od Disneya
W ocenie Sweeneya część problemów ma jednak charakter stricte wewnętrzny. Epic Games przez lata prowadziło wyczerpujące i niesłychanie kosztowne batalie prawne z Apple i Alphabet (Google) o prowizje w sklepach z aplikacjami mobilnymi. Z powodu tych procesów, "Fortnite" na długi czas zniknął z najpopularniejszych smartfonów na świecie. Powrót na rynek mobilny znajduje się obecnie w bardzo wczesnej fazie, a jak przyznaje prezes: "firma przyjęła na siebie wiele ciosów w starciu, które dopiero zaczyna się nam zwracać".
Kluczowym zabezpieczeniem dla Epic Games pozostają strategiczne sojusze. W 2024 roku Walt Disney Co. zainwestował w Epic 1,5 miliarda dolarów, co ma skutkować integracją takich marek jak Star Wars, Marvel czy Avatar ze wirtualnym uniwersum "Fortnite'a".
Zarząd spółki zapowiada powrót do podstaw, skupienie się na udoskonaleniu samej gry i przygotowuje "ogromne plany wydawnicze" na koniec bieżącego roku, które mają dać początek nowej epoce w historii firmy. Pytanie brzmi, czy po drodze nie będą potrzebne kolejne bolesne redukcje.
Oprac. AO.
