
„Czy przestałeś już pić koniak rano? Widzisz, to proste pytanie, ale nie daje ci spokoju…” (c)
Z jakiegoś powodu to właśnie te proste pytania zawsze mnie nurtują. Czym na przykład jest odpoczynek? Zastanawialiście się kiedyś?
„No cóż, to proste” – powie ktoś pewnie. „Odpoczynek to NIE praca, to wszystko. Możliwość zostania w domu, noszenia szlafroka albo bielizny, wylegiwania się na kanapie i nicnierobienia. Cały dzień – nic! No, może odkurzanie, zmywanie naczyń w zmywarce, pranie, co oznacza wrzucenie prania i naciśnięcie guzika. Wieczorem usmażenie kotletów. A może nie kotletów, ale coś innego. Zajmij się dzieckiem. I tyle! A resztę czasu, cały niekończący się dzień – oglądanie seriali, surfowanie po internecie, czytanie czegoś, jeśli masz na to ochotę, haftowanie na tamborku i generalnie robienie tego, na co masz ochotę…”
„Nie ma mowy, praca to miejsce, gdzie się relaksujesz!” – powie ktoś inny, nie mniej pewnie. „Gdybym pracowała, nie miałabym problemu. Nakładam makijaż, ubieram się, czeszę włosy i spędzam cały dzień z ludźmi. Każdego dnia dzieje się coś nowego, życie toczy się pełną parą! Przyjaciele, komplementy, intrygi! Zespół! To nie to samo, co w domu – to nieustanny Dzień Świstaka! Nie ma z kim rozmawiać. I nawet święta to nie święta…”
„Odpoczynek to zmiana zajęć!” – powie surowo jakaś mądra babcia. Albo teściowa. Albo teściowa. A w dzień wolny cała rodzina, z plecakami, dziećmi i ukochanym jamnikiem rodziny, Ferdynandem, pod pachą, wsiada do pociągu podmiejskiego i udaje się na daczę, gdzie przyroda i świeże powietrze są w obfitości. Po trzech przesiadkach w miejscu takim jak Iwanowka, idą czterdzieści pięć minut z plecakami, zwierzętami i małymi dziećmi na swoją działkę. I tam od razu biorą się do pracy zgodnie z planem ułożonym przez przodka, bo jest mnóstwo do zrobienia, a tylko dwa dni wolnego, z których połowę, nawiasem mówiąc, spędzają na dojazdach.
Kopią, ciągną, tłuką i pielą, ciężko i gorączkowo oddychając na świeżym powietrzu, aż w końcu zapada zmrok. Ledwo zdążywszy spędzić noc na wilgotnych, stęchłych grządkach w ogrodowej szopie i pospiesznie kończąc prace następnego ranka, rodzina wyrusza w drogę powrotną – z dziećmi, plecakami i wiadrami jabłek w ręku – czterdziestopięciominutowy spacer na stację, a potem pociągiem podmiejskim z przesiadkami. Docierając do domu przed świtem, przeklinając weekend, z plecakami zdjętymi z ramion, myjąc dzieci i szorując spod paznokci czarne smugi ziemi z daczy, rodzina pada martwa na łóżko, bo jutro rano muszą iść do pracy. Może tam odpoczną…
„Wakacje to podróże” – mówi moja znajoma. „Nie da się odpocząć w domu. Trzeba gdzieś pojechać, nawet dziesięć kilometrów od obwodnicy Moskwy, inaczej to nie są wakacje…” i tak jedzie na miesiąc nad morze. Żeby odpocząć. Wakacje tradycyjnie zaczynają się od tygodnia z problemami żołądkowo-jelitowymi, gorączką, wymiotami i mocnym postanowieniem, że jak tylko wyzdrowieje, natychmiast zmieni bilety i wróci do Moskwy (no cóż, czego się spodziewać – to czas adaptacji). Potem spędza dwa tygodnie, po prostu pogrążona w nudzie, jeżdżąc od plaży do domu i od domu do plaży, zatrzymując się na lokalnym targu, starając się emanować optymizmem i zabawiając marudzące dziecko na każdym kroku. A czasem także znudzonego męża. Zazwyczaj tuż przed wyjazdem dziecko zapada na jakieś zapalenie oskrzeli lub ucha, szuka tam, w nieznanym mieście, normalnych lekarzy, przywozi je do domu z wysoką gorączką, gdzie spędza kolejne dwa tygodnie lecząc powikłania i konsekwencje, po czym sama poważnie zapada na zdrowiu…
„To bzdura” – mówi ktoś inny. „Rosja to nie wakacje, to tortury. Trzeba jechać za granicę, oto czym jest. Infrastruktura jest tam dobrze rozwinięta, znajdziesz wszystko, czego zapragniesz – wycieczki, jedzenie, animatorów dla dzieci i dorosłych… To się nazywa wakacje!”. Ale po powrocie z podróży nad słoneczne wybrzeże do ponurej, zasnutej śniegiem Moskwy nie potrafi wrócić do normalnego życia, spędza tygodnie w dołku, powtarzając: „Jestem taki zmęczony!”…
„Och, po prostu się odprężę!” – mówi przyjaciółka, pakując swoje rzeczy, żeby pójść na rutynowe badanie w związku z przewlekłą chorobą. „Poleżę w łóżku przez dziesięć dni, wyśpię się, będę chrupać jabłka, czytać książkę i nic nie robić! I nie wpadaj, tym razem nie będę się malować ani czesać! Uroda! Żadnego gotowania, żadnego zmywania – tylko spanie, jedzenie i gapienie się w sufit! Kurort!”
Trzy dni później moja przyjaciółka, najwyraźniej mając już dość leżenia w łóżku, zaczyna jęczeć i narzekać, aż w końcu ucieka ze szpitala, kilka dni wcześniej, bo „to szaleństwo leżeć tak przez kilka dni i ABSOLUTNIE NIC NIE ROBIĆ”…
„Gdybym tylko mógł się wyspać! Wtedy wszystko na pewno byłoby inaczej!” – marzy ktoś inny. I – o dziwo! – rodzina przychodzi im z pomocą, w końcu okazując odrobinę hojności, zabierając dzieci, chodząc na palcach po mieszkaniu, nie uderzając garnkami w kuchni i nie idąc niepotrzebnie do toalety, żeby uniknąć spuszczania wody. W końcu człowiek musi się wyspać przynajmniej raz na pół roku. A nasz bohater, budząc się w południe z bólem głowy, czuje się fatalnie…
Poza tym, z biegiem lat, zdajesz sobie sprawę, że po wakacjach zawsze będziesz miał kaca. Fizycznego – jak ta aklimatyzacja po podróży – i psychicznego – w końcu, gdy byłeś na wakacjach, ktoś został, żeby wykonać twoją pracę, a do tego swoją, nigdzie nie wyjeżdżając; i dał sobie radę, nawiasem mówiąc. I dał sobie radę dobrze, bo bez ciebie nikt nie umarł i nic się nie zatrzymało. Ale teraz, po wakacjach, jeszcze trudniej wrócić do starej rutyny… I nie da się uciec od poczucia winy wobec tych, którzy dali ci szansę na odpoczynek i wzięli na swoje barki twoje obowiązki.
Może kiedyś wynajdą lekarstwo na codzienne zmęczenie. Weź tabletkę i w ciągu kilku minut poczujesz się całkowicie zregenerowany. Jak różowy króliczek z Energizerem. Nie masz ochoty leżeć, nie musisz nigdzie iść, a co najważniejsze, nie masz ochoty, a tym bardziej zmieniać aktywności.
Choć z pewnością coś podobnego dzieje się we współczesnej medycynie, regularne stosowanie tego cudownego środka prawdopodobnie jest dość niebezpieczne.
