Algorytmy „szkolą” ludzi, podobnie jak dawniej tresowano zwierzęta cyrkowe, dzieci wymuszają na rodzicach ustępstwa poprzez sfabrykowane próby samobójcze, a placówki edukacyjne same oddają uczniów koncernom technologicznym – Big Techom – oznajmił w rozmowie z PAP terapeuta od nałogów Daniel Dziewit, twórca książki „Enter i znikasz. Złowieni przez algorytmy”.

Daniel Dziewit – psychoterapeuta uzależnień, felietonista, autor i specjalista w zakresie zdrowia psychicznego, prowadzi terapię osób zniewolonych przez nowe technologie i alarmuje, iż algorytmy przejęły kontrolę nad kontaktami międzyludzkimi, procesem wychowawczym i psychiką młodych ludzi. Jest twórcą książek, m.in. „Homo Enter” oraz najnowszej publikacji „Enter i znikasz. Złowieni przez algorytmy”.
PAP: „Enter i znikasz” to publikacja o smartfonach, o uzależnieniach czy o tym, że nasza cywilizacja właśnie zboczyła z kursu?
Daniel Dziewit: To jest książka o głębokim przesłaniu humanistycznym. O jednostce, którą algorytmy zaczęły programować tak samo, jak niegdyś szkolono zwierzęta w cyrkach. Dziś bulwersuje nas, gdy ktoś eksploatuje słonia czy tygrysa dla uciechy, natomiast całkowicie naturalnym wydaje nam się masowe uzależnianie ludzi – zwłaszcza tych najmłodszych – przez platformy technologiczne.
Ta pozycja literacka stanowi próbę przypomnienia, że człowiek ma prawo do wysiłku umysłowego, skupienia uwagi, wytrwałości, do przeżywania niepowodzeń i triumfów w rzeczywistym świecie. Tymczasem algorytmy czynią wszystko, byśmy byli porywczy, ociężali i niezdolni do utrzymania uwagi na dłużej. One generują wtedy największe przychody.
PAP: Wspomina pan nawet o stracie potomstwa przez rodziców.
D.D.: Albowiem wielu rodziców faktycznie traci swoje dzieci. Nie w sensie fizycznym, lecz psychicznym i emocjonalnym. Dziecko przebywa obok rodzicieli na sofie, ale myślowo już od dawna rezyduje w TikToku, Discordzie lub w uniwersum gier komputerowych.
I nie jest to wyłącznie kwestia samego wyświetlacza. Równolegle z tym zanikają stosunki interpersonalne, wzorce do naśladowania, respekt dla szkoły, pracy, sportu, a nawet dla sukcesu. W trakcie mojej praktyki spotkałem młodego sportowca, który osiągał realne wyniki, intensywnie trenował, wygrywał zawody, jednak został brutalnie wyszydzony w internecie tylko dlatego, że na fotografii był spocony i miał „głupią” minę. Dla wirtualnego świata istotniejsze okazało się to pojedyncze zdjęcie niż jego trud i osiągnięcia.
PAP: W książce apeluje pan, by pociechom wręczać gotówkę zamiast kart debetowych i Blika. Brzmi to jak technologiczny tradycjonalizm.
D.D.: Nie chodzi o żaden tradycjonalizm, lecz o zdrowy rozsądek oraz fundamentalne umiejętności praktyczne. Coraz częściej widzę młode osoby pracujące w sklepach lub lokalach gastronomicznych, które napotykają trudności z wydaniem reszty lub rozpoznaniem wartości banknotów. Spoglądają na gotówkę jak na eksponat muzealny.
Parę dni temu kupowałem kawę i lody. Sprzedawczyni przy kasie tak się zdezorientowała podczas wydawania pieniędzy, iż poprosiła mnie, żebym sam sobie obliczył resztę. Okazało się, że popełniła błąd na swoją szkodę. To nie jest zabawna historia. To demonstruje, że technologia pozbawia ludzi podstawowych zdolności.
Realne pieniądze uczą kalkulacji, liczenia i odpowiedzialności. Gdy płaci się smartfonem albo zegarkiem, wydawanie funduszy staje się zupełnie oderwane od rzeczywistości. Jednostka zatraca kontakt z realną wartością tego, co nabywa. Nie bez powodu wraz z rozwojem płatności elektronicznych gwałtownie wzrosły długi, pożyczki chwilówki i impulsywne zakupy.
PAP: Stanowczo krytykuje pan także szkoły i nauczycieli.
D.D.: Albowiem część placówek oświatowych zachowuje się dziś niczym bezpłatni agitatorzy wielkich korporacji technologicznych. Proszę sobie wyobrazić sytuację: druga klasa szkoły podstawowej, a nauczycielka namawia dzieci do założenia grupy na WhatsAppie. Dzieci robią to bez nadzoru żadnego dorosłego administratora, a potem wszyscy są zaskoczeni, że pojawiają się obraźliwe komentarze, agresja, materiały pornograficzne lub upokarzanie słabszych.
Ja wtedy pytam: kto tam te dzieci zaprosił? Zuckerberg? Meta? Nie. Uczynili to dorośli, którzy sami później bezradnie rozkładają ręce.
PAP: Padają z pana ust bardzo dosadne słowa o rodzicach.
D.D.: Ponieważ wielu rodziców zwyczajnie obawia się wychowywać. Lękają się zakazów, reperkusji i wyznaczania granic. Tymczasem dziecko nie potrzebuje w domu rówieśnika ani towarzysza od przeglądania TikToka. Ono potrzebuje rodzica.
Jeżeli rodzic deklaruje: „Nie dopuszczę, żeby ktoś niszczył psychikę mojego dziecka”, to nie jest to żadna przemoc. To jest odpowiedzialność. Często przypominam, że zakaz powinien być skierowany nie przeciwko dziecku, a przeciwko platformie, która bazuje na uzależnianiu młodych ludzi.
PAP: Pisze pan, że dzieci szantażują rodziców nawet groźbami targnięcia się na życie.
D.D.: I niestety, zdarza się to coraz nagminniej. Rodzic słyszy: „jak odbierzesz mi komórkę, to się zabiję”. W takiej chwili włos jeży mu się na głowie, ponieważ nie wie, czy to jedynie manipulacja, czy realne niebezpieczeństwo. Nie wie, czy powinien dzwonić po lekarza psychiatrę, ambulans czy policję.
Najczęściej kończy się to uległością. Rodzic odpuszcza i oddaje kontrolę uzależnionemu dziecku. To ono zaczyna dyktować, ile czasu spędza w sieci, kiedy idzie spać i jak funkcjonuje cały dom.
Gdy rodzice usiłują jednak ustanowić zasady, dochodzi do kłótni, obelg, agresji, a niekiedy nawet do interwencji policyjnych. Określam to mianem „smartfonowych ekscesów”. Rodzice odłączają internet, a dziecko wpada w szał jak narkoman w stanie odstawiennym. Bywa, że dzieci atakują fizycznie swoich rodzicieli, zdarza się, że posługują się niebezpiecznymi narzędziami.
PAP: Stwierdził pan, że technologie są „banalne”.
D.D.: Ponieważ w przeważającej mierze tak jest. Przewijanie polega na tym, że człowiek leży i bez końca przesuwa palcem po ekranie dotykowym. To nie wymaga nakładu pracy, kontemplacji ani cierpliwości. To jest czynność wybitnie prymitywna, chociaż zapakowana w nowoczesny design i marketing.
Problem polega na tym, że im prostsza jest technologia, tym mocniej uzależnia. Jednostka przestaje rozwijać pamięć, koncentrację i wytrwałość. Wszystko ma być szybkie, natychmiastowe i bez konieczności wkładania wysiłku.
Wtedy słyszymy od nastolatki, że „książki cuchną starcami” – tak wypowiedziała się nastoletnia uczestniczka jednego z badań nad czytelnictwem i czasem spędzanym w sieci. I to nie jest już komiczne. To jest symbol gigantycznego kryzysu kulturowego. Książka wymaga skupienia, spokoju, wyobraźni oraz cierpliwości, czyli dokładnie tego, czego współczesny świat cyfrowy próbuje człowieka pozbawić.
PAP: Szeroko omawia pan także seksualizację internetu i zagrożenia dla nieletnich.
D.D.: Bo skala tego zjawiska jest kolosalna. Pedofilia istniała od zawsze, ale internet stworzył dla niej niewyobrażalne wcześniej możliwości. Wystarczy rzucić okiem na ostatnie działania służb, podczas których zatrzymano dziesiątki osób posiadających setki tysięcy materiałów pornograficznych z udziałem dzieci. I my naprawdę nadal udajemy, że zasadniczym problemem jest tylko „czas spędzany przed ekranem”?
Do mojego gabinetu trafiają rodzice doszczętnie zdruzgotani psychicznie. Zdezorientowani, wystraszeni, często przepełnieni wyrzutami sumienia. Poszukują sposobu, aby nawiązać kontakt z własnym dzieckiem. Ta książka zrodziła się właśnie z obserwacji ich niemocy.
PAP: Opowiada pan też historię 20-latka uzależnionego od VR.
D.D.: Zliczyliśmy wspólnie, ile czasu spędził w świecie gier i VR-u. Wyszło blisko 20 tysięcy godzin. To przeszło dwa lata życia bez przerwy przed wyświetlaczem. Natomiast około pięciu tysięcy godzin spędził z goglami VR na oczach.
Tam były wirtualne kobiety, wirtualny seks, różnorodne sensoryczne gadżety, które miały symulować realne doznania. Konsekwencją tego było, że chłopak właściwie przestał funkcjonować w prawdziwym świecie. Nie był w stanie pracować, uczyć się ani utrzymywać normalnych relacji.
Wokół niego wszyscy starali się pomóc: terapeuci, psychiatrzy, rodzina. Mama i babcia troszczyły się o niego, dostarczały posiłki, usiłowały ratować sytuację. A on żył niemal wyłącznie w cyfrowym wszechświecie.
Powiedziałem mu wówczas: „gdybyś przez sześć godzin dziennie poświęcał na ćwiczenie gry na gitarze, naukę języka obcego albo sport, byłbyś dziś wirtuozem w jakiejś dziedzinie. Tymczasem jesteś na terapii odwykowej od VR-u”. I to właśnie jest tragedia współczesności.
PAP: W książce wyraźnie krytykuje pan ideę bezstresowego wychowania.
D.D.: Ponieważ wmówiono ludziom, że limity są uciskiem, a zakazy traumą. W rezultacie wielu rodziców obawia się odmówić dziecku czegokolwiek.
A przecież nawet zwierzęta wychowują swoje młode. Wymierzają im karę, przekazują zasady, ukazują granice po to, by mogły przetrwać. Tymczasem człowiek coraz częściej oddaje własne dziecko w ręce algorytmów i ogromnych platform technologicznych – Big Techów.
Skutkiem tego dziecko zaczyna ustalać własne reguły rzeczywistości. Jeżeli dojdzie do wniosku, że nocnik służy do jedzenia zupy, a talerz do zaspokajania potrzeb fizjologicznych, to rodzic ma jeszcze aprobować to w imię „dobrostanu”. Wiem, że przesadzam, ale zmierzam do uwypuklenia tego zjawiska.
Bowiem dobrostan bez reguł kończy się osamotnieniem, strachem i kompletnym chaosem emocjonalnym. Dzieci coraz częściej nie potrafią tworzyć więzi, odczuwają lęk przed kontaktami międzyludzkimi, unikają aktywności fizycznej, wyjazdów oraz czynności wymagających zaangażowania.
PAP: Czy rzeczywiście sądzi pan, że ludzkość się cofa?
D.D.: Tak i nie jestem odosobniony w tej opinii. Shoshana Zuboff twierdzi wręcz, że pod względem umiejętności koncentracji, autonomicznego myślenia oraz jakości dyskusji publicznej zaczynamy cofać się do epoki sprzed rewolucji Gutenberga. Druk wymusił na jednostce skupienie, cierpliwość oraz zdolność analizowania tekstu. Tymczasem dziś powracamy do kultury krótkiego impulsu, obrazka oraz natychmiastowej reakcji.
Równocześnie technologia coraz głębiej wnika w nasze życie. Dysponujemy inteligentnymi materacami analizującymi dźwięki w sypialni, ubraniami monitorującymi zachowanie człowieka, urządzeniami śledzącymi emocje, odruchy i codzienne przyzwyczajenia. Granice prywatności dawno zostały przekroczone, a człowiek zaczyna funkcjonować bardziej jako zasób danych niż świadomy uczestnik życia społecznego.
Granice prywatności zostały dawno naruszone, jednak większość ludzi przestała to dostrzegać. Technologia zaczyna przenikać nie tylko do naszych kieszeni, lecz również do łóżek, rodzin i umysłów.
Z tego powodu mówię o człowieku jako o „majątku cyfrowym”. W świecie platform technologicznych użytkownik nie jest już nabywcą ani odbiorcą, tylko surowcem. Jego uwaga, emocje, obawy, impulsy oraz czas są konwertowane na pieniądze. Algorytmy nie są projektowane w celu rozwoju, uspokojenia czy uszczęśliwienia człowieka, ale po to, by zatrzymać go przed ekranem tak długo, jak to możliwe. Im bardziej człowiek jest uzależniony, rozemocjonowany i przykuty do smartfona, tym większe zyski generuje platforma. W tym kontekście współczesny użytkownik staje się dla gigantów technologicznych swego rodzaju cyfrowym mięsem armatnim – zasobem do eksploatacji.
PAP: Jakkolwiek wierzymy w AI niemal równie mocno, jak jeszcze do niedawna w Boga.
D.D.: I to jest dla mnie wysoce niepokojące, ponieważ technologia zaczyna wkraczać w sfery, które dawniej były związane z refleksją, duchowością, relacjami interpersonalnymi i autorytetem. Mam wrażenie, że wielu ludzi zaczyna postrzegać sztuczną inteligencję niczym wyrocznię, która udzieli odpowiedzi na wszelkie pytania, podejmie decyzje, rozwiąże problemy wychowawcze, emocjonalne, a być może w niedalekiej przyszłości również te natury moralnej i egzystencjalnej.
Wielce nad tym ubolewam, ale i Kościół został wciągnięty w ten cyfrowy wir. Byłem niedawno na komunii, po ceremonii dziecko otrzymało od jednej osoby trzy podarunki: Biblię, medalik i elektroniczny zegarek. I najważniejsze zdanie, które wówczas padło, brzmiało: „pamiętaj, żebyś codziennie nosił ten zegarek”.
Nie: „czytaj Biblię”, „pielęgnuj wartości”, „rozwijaj wiarę”. Największe emocje wywołał gadżet elektroniczny. To unaocznia, jak bardzo uległa zmianie nasza hierarchia wartości. Technologia coraz częściej przybiera rolę nowej religii współczesnego świata. Zapewnia błyskawiczną odpowiedź, natychmiastową gratyfikację, poczucie kontroli oraz komfortu. Człowiek zaprzestaje poszukiwania spokoju, refleksji czy kontaktu z drugim człowiekiem, ponieważ łatwiej jest sięgnąć po wyświetlacz. Przepraszam za mocne słowo, ale nachodzi mnie nieodparte wrażenie, że już niedługo ujrzymy „elektroniczną hostię”. Bo dlaczego nie, skoro awatar Jezusa, jak w Szwajcarii, spowiada przez internet.
Pamiętam także sytuację, gdy zadzwoniłem do księdza, który zaprosił mnie na spotkanie poświęcone uzależnieniom cyfrowym. Nie odebrał, lecz odpisał w wiadomości SMS, że jest w kościele. Później wyznał, że przebywał wówczas w konfesjonale i spowiadał.
I nie przytaczam tego po to, by kogokolwiek atakować. Jedynie obrazuję skalę zjawiska. Jeśli nawet instytucje, które od wieków bazowały na koncentracji, rozważaniach i relacji bezpośredniej, zaczynają funkcjonować w oparciu o logikę nieustannego powiadomienia i cyfrowego bodźca, to oznacza, że problem jest o wiele bardziej rozległy, niż nam się wydaje.
Kościół podjął próbę uporządkowania chaosu związanego z uwiecznianiem uroczystości religijnych na zdjęciach, natomiast kwestia cyfrowego zniewolenia dzieci nadal jest zdecydowanie niedostatecznie obecna w debacie publicznej.
PAP: To momentami brzmi niczym manifest wymierzony w nowoczesność.
D.D.: Nie jestem przeciwnikiem technologii. Sprzeciwiam się głupocie i bezrefleksyjności. Smartfon powinien stanowić uzupełnienie życia, a nie centrum dowodzenia człowiekiem. Tymczasem wielu ludzi nie potrafi dziś spokojnie usiąść przy stole, przespacerować się bez smartfona czy zasnąć bez wyświetlacza przy łóżku. I to już nie jest postęp. To jest cyfrowa ułomność. I przepis na katastrofę ludzkości, w każdym razie takiej, jaką znamy.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ kcz/ mark/
