Projekty farm wiatrowych na Morzu Północnym, wyceniane na 50 mld euro, znajdują się w niebezpieczeństwie. Rodzi to poważne następstwa dla sektora wiatrowego, zatrudnienia, cen sieci i finansów publicznych. Niemieckie założenia dotyczące energii odnawialnej mogą okazać się nieosiągalne.

- Tekst publikujemy dzięki uprzejmości „Die Welt”
Morze Północne miało przekształcić się w siłownię elektryczną Europy, jednakże ambitne zamierzenia budowy rozległych morskich farm wiatrowych mogą teraz ponieść dotkliwą porażkę. Wiele znaczących grup energetycznych zamierza zrezygnować z inicjatyw na niemieckiej części Morza Północnego i zwrócić państwu obszary wylicytowane za wysoką cenę.
Tym samym zagrożone są nie tylko fundamentalne plany transformacji energetycznej, ale również tysiące miejsc pracy w branży podwykonawczej. Planowane wielomiliardowe wpływy do budżetu państwa mogą nie zostać zrealizowane.
Rozmiar przedsięwzięcia jest olbrzymi. Państwa nad Morzem Północnym ustaliły wybudowanie 300 gigawatów mocy wiatrowej, co równa się około 20 000 turbin najnowszej generacji (15 MW). Udział Niemiec wynosi 70 gigawatów, czyli mniej więcej 4600 gigantycznych turbin wielkości wieży Eiffla. Dla przykładu: 70 gigawatów to moc porównywalna do 70 elektrowni atomowych, chociaż w odniesieniu do wiatru produkcja zależy od warunków atmosferycznych.
- Czytaj także: Morskie farmy wiatrowe to infrastruktura krytyczna. Przybywa zagrożeń
Spóźniona refleksja koncernów naftowych
Obecnie na Morzu Północnym i Bałtyckim funkcjonuje zaledwie około 1700 mniejszych turbin o łącznej mocy 10 gigawatów. Aby zrealizować cele ustawy o energetyce wiatrowej na morzu, wytwarzanie energii powinno wzrosnąć siedmiokrotnie w przeciągu najbliższych 20 lat. Wykonanie tych ambitnych planów stoi obecnie pod jeszcze większym znakiem zapytania — a wraz z nim także osiągnięcie celów klimatycznych.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Trump: "Turbiny wiatrowe są brzydkie" — USA płaci mld dol. za rezygnację z OZE
Bowiem kilku inwestorów zamierza zrezygnować ze swoich przedsięwzięć. W latach 2022-2025 deweloperzy uiścili przeszło 16 mld euro już za same zezwolenia na budowę. Same koncerny naftowe TotalEnergies i BP (za pośrednictwem Jero Nex) zobowiązały się do zapłaty 7,5 mld euro za użytkowanie obszarów. Dotychczas uiszczono jedynie około 10 proc. tej kwoty, pozostała część miała być spłacana przez lata. Jednakże aktualnie nie ma pewności, czy państwo otrzyma kolejne wpłaty.
Organizacja branżowa Windenergie Offshore (BWO) wzywa rząd do zwolnienia inwestorów z powinności budowy i płatności, argumentując, iż w przeciwnym wypadku powstaną jeszcze większe szkody ekonomiczne. Zdaniem BWO rząd ustanowił system przetargów, który przeniósł na inwestorów spore ryzyko — zwłaszcza związane z opóźnieniami w budowie sieci przesyłowych.
Szef BWO Stefan Thimm zwrócił uwagę między innymi na problemy w łańcuchach dostaw wynikające z napięć geopolitycznych: amerykańskich ceł, ograniczeń eksportowych Chin oraz konsekwencji wojen na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie.
Wyraźnie podniosły się także koszty kapitału. Ponadto okazało się, że zapotrzebowanie na energię elektryczną w Niemczech wzrasta wolniej niż zakładano, co redukuje przewidywane zyski. Na rentowność niekorzystnie wpływają też opóźnienia w rozwoju sieci.
Dodatkowym kłopotem jest planowany poligon artyleryjski niemieckiej marynarki wojennej, który wymusił zmianę przebiegu kabli przesyłowych.
Nie jest jednak pewne, czy rząd zaakceptuje argumenty koncernów. Krytycy podkreślają, że ryzyka — takie jak wahania stóp procentowych czy napięcia geopolityczne — były przewidywalne już w momencie składania ofert w 2023 r. Nawet plan poligonu był wtedy znany.
Wiele wskazuje na to, że inwestorzy po prostu przeszacowali opłacalność projektów, oferując zbyt wygórowane kwoty. Zmiana strategii części firm wynika także z rozczarowania tempem ogólnoświatowej transformacji energetycznej. W przypadku BP udziałowcy wymusili powrót do inwestycji w ropę naftową i gaz.
- Czytaj także: Polskie firmy biją na alarm. Ceny uprawnień wzrosły dwudziestokrotnie
Pokaźne kary dla potentatów
Ministerstwo gospodarki akcentuje, iż przepisy dopuszczają pewną elastyczność, lecz decyzje będą podejmowane indywidualnie i z poszanowaniem zasady równego traktowania.
Ustawa precyzuje jednak, że zwycięzcy aukcji nie mogą zwrócić przyznanych obszarów — są zobligowani do realizacji projektów. W razie niewywiązania się z obowiązków muszą uiścić karę. Opiewa ona na 100 euro za każdy kilowat planowanej mocy.
Gdyby TotalEnergies i BP zrezygnowały z projektów o mocy 7,5 gigawata, kara wyniosłaby około 750 mln euro. Dla koncernów może to być jednak korzystniejsze niż realizacja nieopłacalnych inwestycji.
BWO mimo to postuluje umożliwienie wyjścia z projektów, dowodząc, iż w przeciwnym razie ich ponowne rozdysponowanie zajmie lata. Zagrożone są projekty o mocy nawet 16 gigawatów, warte do 50 mld euro.
Wstrzymanie inwestycji dotknęłoby cały łańcuch dostaw, w którym w Niemczech pracuje około 49 tys. osób.
Z tego względu branża proponuje modyfikacje w ustawie — między innymi wprowadzenie tzw. indeksowanych kontraktów różnicowych. Oznacza to, że wynagrodzenie za energię byłoby powiązane z inflacją, a państwo częściowo przejmowałoby ryzyko strat, jednocześnie partycypując w nadzwyczajnych zyskach.
Firmy poniosły już istotne koszty przygotowawcze — nierzadko sięgające setek milionów euro. Nie oczekują jednak zwrotu środków przekazanych wcześniej na cele środowiskowe oraz rekompensaty dla rybołówstwa.
Sprawa trafiła do ministrów energii krajów związkowych, którzy spotkali się na wyspie Norderney. Regiony nadmorskie szczególnie skorzystałyby na rozwoju energetyki wiatrowej, zatem mogą wywierać presję na rząd, by ułatwił inwestorom rezygnację z projektów.
Minister gospodarki Katherina Reiche nie wzięła udziału w spotkaniu z powodów zdrowotnych.
Artykuł jest tłumaczeniem z niemieckiego „Die Welt”
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
